|
Bóg, Naród, Ojczyzna. Ojcowizna otwarta na świat - od 1999 jako biuletyn Konserwatysta Małopolski ISSN 1773-3946
Wpisy z tagiem: Poczet Bohaterów
sobota, 13 marca 2010
Pogrzeb o. Joachima Badeniego odbedzie sie w poniedziałek 15 marca.
o. Joachim Badeni (1912-2010) żołnierz,
dominikanin, tolkienista Ojciec Joachim urodził się jako Kazimierz Stanisław hr. Badeni herbu Bończa dnia 14 października 1912. Ród Badenich przybył do Rzeczypospolitej z terenów dzisiejszej Rumunii. „Z ich przeszłości obce pozostało jedynie nazwisko” – pisała Karolina Lanckorońska. Zdaniem Lanckorońskiej za panowania Franciszka Józefa rej w Galicji wiedli Potoccy, Sapiehowie, Dzieduszyccy, Leon Piniński i jej ojciec, lecz pierwszymi pośród magnatów, „obdarzonych, co najważniejsze zmysłem społecznym, podstawą wszelkiego moralnego autorytetu”, byli bracia Kazimierz i Stanisław Badeniowie. Ich wpływy polityczne i fortuna sprawiły, że Galicję i Lodomerię nazywano republiką badeńską. Hrabia Kazimierz Feliks - dziadek o. Joachima - sprawował godność namiestnika Galicji od roku 1888. W roku 1895 cesarz mianował go premierem Austro-Węgier. Jego gabinet nazywano polskim, ponieważ Badeni powierzył rodakom wiele tek ministerialnych. Polityką zajmował się również brat premiera, Stanisław Marcin, poseł na Sejm Krajowy i członek Izby Panów. Jeszcze gdy Kazimierz był namiestnikiem Galicji, Franciszek Józef sprzeciwił się przeniesieniu trumny Mickiewicza na Wawel. „Jest to tym dziwniejsze – zauważa Lanckorońska – że cesarz się literaturą nie interesował”. Podczas audiencji u cesarza Kazimierz Badeni złożył dymisję. Franciszek Józef jej nie przyjął, ale musiał ustąpić: Mickiewicz spoczął w krypcie wawelskiej. Ojciec Joachim był jedynym dzieckiem Ludwika Badeniego i szwedzkiej arystokratki Alicji Ancarcrona. W 1914 rodzina Badenich przeniosła się do Szwajcarii, a następnie do Wiednia, gdzie dwa lata później zmarł jego ojciec. Od 1916 zamieszkał razem z matką w Busku na Ukrainie a od 1920 w Żywcu - już po ponownym zamążpójściu jego matki za arcyksięcia Karola Olbrachta Habsburga (z tego związku przyszli na świat Karol Stefan, Maria Krystyna, Olbracht Maksymilian i Renata). W niepodległej Rzeczpospolitej arcyksiążę przyjął obywatelstwo polskie (jego ojcu - arcyksięciu Karolowi Stefanowi proponowano tron polski) - walczył w wojnie z bolszewikami, a w 1939 zgłosił się na ochotnika do armii polskiej, podobnie jak przyrodni brat Badeniego. Po klęsce wrześniowej Karol Olbracht odmówił podpisania volkslisty, z dumą powiadając: Habsburg nie jest Niemcem. Był więziony przez hitlerowców w Cieszynie, a jego małżonka wraz z córkami przebywała w areszcie domowym w Wiśle. Później wszyscy zostali internowani nieopodal obozu w Buchenwaldzie. W żywieckim domu Habsburgów nie mówiono po niemiecku. Dbała o to matka ojca Joachima. Podczas okupacji Alicja Habsburg współpracowała z AK, za co po latach otrzymała Krzyż Walecznych od gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Młody Kazimierz Badeni po maturze w Żywcu rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do studiów przykładał się niezbyt pilnie. Nie miał wielkich ambicji i nie stronił od zabawy. Sam wspominał: „Niestety, byłem bogaty, a pieniądz szkodzi moralnie człowiekowi. Na szczęście wszystko straciłem podczas wojny, gdy ta się skończyła, cały mój majątek to były wojskowy płaszcz i buty”. Jako młodzieniec nigdy jednak nie zaniedbywał Boga i Kościoła. Raz jednak opuścił Mszę świętą... Powrócił z nocnego lokalu o szóstej nad ranem, obudził się dobrze po południu, gdy dzwony w lwowskim kościele prezentek wzywały na ostatnią Mszę. Pomyślał, że nim wstanie, wykąpie się i ogoli, Msza się skończy, czy warto zatem wstawać z łóżka? Nawet po ponad sześćdziesięciu latach o. Joachim nie mógł wybaczyć sobie lenistwa. Nigdy w życiu nie zdarzyło mu się drugi raz zaniedbać Mszy: ani pod Narwikiem, ani w obozie w Maroku. Rok przed wojną wydarzyło się w jego życiu coś prostego, a niepojętego (...). Spod Narwiku Kazimierz Badeni wraca z podhalańczykami do Francji i bierze udział w kampanii francusko-niemieckiej w Bretanii. Po klęsce Francji ucieka do Marsylii, a stamtąd do Casablanki i Oranu, bo to wówczas najkrótsza droga do Anglii. W Afryce schwytali go kolaboranci z Vichy i internowali w obozie w Górach Atlasu. Wojna skończyła się dla niego w 1944 – za furtą klasztoru. Żartuje, że zanim ją przekroczył, sprzedał tytuł hrabiowski za 200 dolarów. Wspomina: „Byłem młodym klerykiem, gdy podczas wykładu usłyszałem fragment »Summy teologicznej« św. Tomasza: kiedy działa przyczyna pierwsza, do niczego nie zmusza, lecz działa urokiem”. W Anglii wstąpił do dominikańskiego nowicjatu i rozpoczął studia filozoficzne. Studiował jednak bez zapału. „Chwalono mnie, że posiadam zdolność uchwycenia pierwszych zasad bytu i myślenia, ale nie byłem tomistą realnym, gubiłem się w sylogizmach” – wspomina. W nowicjacie miał się opiekować zniedołężniałym mnichem, lecz nie mogąc znieść jego przykrego zapachu, posługiwał mu w... masce gazowej. Zauważył to jego magister i ukarał młodego kleryka, nie pozwalając mu dłużej służyć choremu. Dziś ojciec Joachim chętnie opowiada tę historię młodym braciom ku przestrodze. Po obłóczynach i zaliczeniu filozofii wrócił do Polski (...). Był również duszpasterzem akademickim w Poznaniu. Niewiele jednak brakowało, by poszukujący swojej drogi życiowej młodzi ludzie na zawsze stracili kontakt z o. Badenim, gdyż ten po kilku latach pracy duszpasterskiej postanowił wstąpić do kamedułów. Zamierzał całkowicie oddać się kontemplacji. Już godzinę po północy dzwon na krakowskich Bielanach wzywa kamedułów na pierwszą modlitwę. Kiedyś, spiesząc na jutrznię, ojciec Joachim ujrzał, że trawa przed kościołem rzuca cień. Nie był to cień księżyca, bo noc była bezksiężycowa, lecz cień gwiazd. „Tego dominikanin nigdy nie zobaczy, bo śpi, kiedy kameduli już się modlą” – wspomina. Ale nie było mu pisane długo zachwycać się ogromem wszechświata. Po ośmiu miesiącach wrócił do dominikanów. Był to czas gomułkowskiej małej stabilizacji (...). Wkrótce ponownie wezwano go do urzędu i otrzymał paszport (...) Obrzędy pogrzebowe rozpoczną się o godz. 8.30 wystawieniem trumny w kościele ojców Dominikanów przy ul. Stolarskiej 12, o godz. 10.00 zostanie odprawiona pogrzebowa Msza św., a o 12.30 – rozpoczną się obrzędy pogrzebowe na Cmentarzu Rakowickim przy bramie od ulicy Rakowickiej.
czwartek, 18 lutego 2010
buntownik i więzień polityczny, wybitny fizyk, tytan pracy Zygmunt Florenty Wróblewski (1845-1883)
Sowa Magazyn Europejski urodził się w Grodnie w
zubożałej rodzinie szlacheckiej, zamiast zostać urzędnikiem, Wróblewski zapisał się na studium fizyki na uniwersytecie w Kijowie. Studia przerwał wybuch powstania styczniowego, ...23 lipca został aresztowany i uwięziony na 16 miesięcy w kazamatach Wilna i Grodna. Uniknął kary śmierci jedynie dzięki młodemu wiekowi, jednak został zesłany na Syberię. Zygmunt Florenty Wróblewski
(1845-1883)
wybitny fizyk, tytan pracy Zygmunt Florenty Wróblewski urodził... się 28 października 1845 roku w Grodnie w zubożałej rodzinie szlacheckiej. Jego ojciec, Antoni, utrzymywał żonę Karolinę z Mańkowskich i ośmioro dzieci pracując jako doradca prawny. Młody Zygmunt ukończył gimnazjum w rodzinnym mieście w 1862 roku. Znakomite wyniki egzaminu maturalnego przyniosły mu srebrny medal i prawo pierwszeństwa przy ubieganiu się o stanowisko w służbie państwowej. Jednak zamiast zostać urzędnikiem, Wróblewski zapisał się na studium fizyki na uniwersytecie w Kijowie. Studia przerwał wybuch powstania styczniowego, które na Ukrainie rozpoczęło się w nocy z 8 na 9 maja 1863 r. i potrwało zaledwie tydzień. Choć sam Wróblewski najprawdopodobniej nie brał czynnego udziału w walkach, mimo tego 23 lipca został aresztowany i uwięziony na 16 miesięcy w kazamatach Wilna i Grodna. Uniknął kary śmierci jedynie dzięki młodemu wiekowi, jednak został zesłany na Syberię. Po trwającej rok tułaczce ostatecznie osiadł w Tomsku, gdzie zarabiał na życie udzielając korepetycji, a wolny czas poświęcał na samokształcenie i lekturę. Po ogłoszeniu ogólnej amnestii dla powstańców powrócił do kraju i 7 lutego 1869 roku znalazł się w Warszawie. Jako dawny buntownik i więzień polityczny Wróblewski nie miał szans na studia na żadnym uniwersytecie Imperium Rosyjskiego, dlatego po krótkim pobycie w Warszawie, który wykorzystał głównie na naukę języków obcych, opuścił miasto i wyjechał do Berlina. Początkowo uczęszczał na wykłady na Uniwersytecie Berlińskim jako wolny słuchacz. Wkrótce jednak, po przedstawieniu prof. Jolly’emu z Uniwersytetu Monachijskiego swojej teorii o nowych sposobach wzbudzania elektryczności, wyjechał do stolicy Bawarii i w 1872 r. objął posadę asystenta. Dwa lata później, 28 lutego 1874 roku, złożył egzaminy z najwyższą pochwałą summa cum laude i uzyskał stopień doktora filozofii za pracę noszącą tytuł: „Poszukiwania nad wzbudzaniem elektryczności przez środki mechaniczne”. W listopadzie tego samego roku Wróblewski przeniósł się do świeżo zdobytego przez Prusaków Strasburga, by zostać asystentem przy katedrze fizyki kierowanej przez prof. Kundta. Po półtora roku w wyniku prac nad problemem dyfuzji gazów przez ciała pochłaniające, uzyskał habilitację. Został prywatnym docentem, wciąż prowadząc wykłady na uniwersytecie. Prace nt. dyfuzji gazów przez ciała pochłaniające przyniosły mu sławę w środowisku naukowym i były jego największym osiągnięciem przed skropleniem tlenu i azotu. W tym okresie Wróblewski coraz częściej myślał o powrocie do ojczyzny. Po długich staraniach, w lutym 1880 r., uzyskał stypendium Akademii Umiejętności w Krakowie, jednak przez kilka miesięcy pozostawał jeszcze w Strasburgu, przygotowując się do objęcia posady profesora w kraju. W międzyczasie Wróblewski odwiedził Paryż i Londyn, wizytując przy tym tamtejsze laboratoria i nawiązując kontakty z brytyjskimi i francuskimi naukowcami. W końcu we wrześniu 1882 roku Wróblewski przybył do Krakowa, aby objąć stanowisko profesora fizyki doświadczalnej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Rozpoczął się okres intensywnej pracy nad zorganizowaniem nowoczesnej pracowni fizycznej, do czego posłużyła aparatura zakupiona Zachodzie z własnych środków Wróblewskiego. To właśnie wtedy rozpoczęła się jego współpraca z Karolem Olszewskim, profesorem nadzwyczajnym w Zakładzie Chemii UJ. Był to czas trwającego od końca XVIII wieku wyścigu do skroplenia powietrza, tj. jego głównych składników, czyli azotu i tlenu. Najbliżej sukcesu był w tamtym okresie francuski fizyk Louis Cailletet. Wróblewski nieznacznie zmodyfikował opatentowany przez tego pierwszego aparat do skraplania, przede wszystkim obniżając ciśnienie, pod jakim wrzał etylen służący do chłodzenia skraplanych gazów. Dzięki temu już pod koniec marca 1883 r. obaj Wróblewski i Olszewski skroplili tlen, a 13 kwietnia drugi składnik powietrza – azot. Niewiele później Wróblewskiemu udało się przekształcić w ciecz tlenek węgla. Wiadomość o tym eksperymencie stała się sensacją na Zachodzie. Wrażenie było tym większe, że kiedy na posiedzeniu Akademii Paryskiej odczytywano list Wróblewskiego o skropleniu tlenu, na salę nagle wkroczył goniec z… telegramem o udanym skropleniu azotu. Mimo pojawiających się we francuskiej prasie artykułów powątpiewających w efekty pracy „biednych kuzynów ze wschodu”, wkrótce osiągnięcia polskich naukowców uznano za pewnik, a do Krakowa zaczęły napływać listy gratulacyjne i propozycje współpracy z całej Europy. Niestety, olbrzymi sukces stał się powodem wzajemnej zawiści i niezdrowej rywalizacji; zaledwie po dwóch miesiącach drogi Olszewskiego i Wróblewskiego rozeszły się. Rozpoczął się między nimi nowy wyścig o pierwsze udane skroplenie wodoru. Dla Wróblewskiego rywalizacja była o tyle kłopotliwa, że został w tym czasie członkiem Akademii Umiejętności, a jednocześnie powołano go do Komitetu Naukowego Międzynarodowej Wystawy Elektrycznej w Wiedniu. Jednocześnie dzięki zdobytej sławie z łatwością uzyskał w austriackim ministerstwie oświaty środki na rozbudowę pracowni naukowych i urządzenie nowej sali wykładowej. Dzięki swoim zasługom został w 1886 r. dziekanem Wydziału Filozoficznego. Nowa funkcja zabierała mu wiele czasu i energii, a jego „przeciwnik”, prof. Olszewski, nie próżnował i udało mu się osiągnąć dynamiczne skroplenie wodoru, tj. uzyskać skroplony gaz w postaci mgły unoszącej się w zbiorniku. W następnym roku Wróblewski zrzekł się funkcji dziekana i powrócił do prób pełnego, statycznego skroplenia gazu. Późnym wieczorem, 25 marca 1888 r., Wróblewski pracował w swoim gabinecie. Od dłuższego czasu usiłował wyliczyć stałe temperatury krytyczne dla wodoru, aby ułatwić jego skroplenie. W czasie pracy prawdopodobnie zasnął i potrącił lampę naftową, która przewróciła się na niego. Wybiegł na dziedziniec, gdzie dwaj studenci ugasili płonące na nim ubranie. Poparzenia ciała były bardzo dotkliwe. Profesor Zygmunt Wróblewski zmarł po trzech tygodniach w szpitalu, dnia 16 kwietnia 1883 roku. Przez:Poczet
Bohaterów
środa, 27 stycznia 2010
Jan Gomoła (1913-1985) żołnierz NOW-AK
![]()
Nasza Czeladź
w 45 rocznicę zbrodni katyńskiej, Jan Gomoła wraz z Aliną Szymiczek i Andrzejem Fenrychem (byli żołnierze AK) zostali wylegitymowani przez funkcjonariuszy MO za złożenie kwiatów na Grobie Nieznanego Żołnierza i uznani organizatorami nielegalnego zgromadzenia. Podczas trzeciej rozprawy (6.11.1985) Jan Gomoła w trakcie przesłuchania doznał zawału serca i nie odzyskawszy przytomności zmarł 7 listopada 1985 r. Jan Gomoła (1913-1985)
żołnierz NOW-AK, zmarł na sali sądowej
Jan Gomoła urodził się 2 maja 19...13
r. w Duisburgu w Niemczech, dokąd jego rodzice Ludwik i Jadwiga
przybyli z Wielkopolski w poszukiwaniu pracy. W wielu 7 lat Jan z
rodzicami przyjechał do Polski, najpierw do Jarocina, a następnie do
Poznania. Pierwszą pracę podjął w poznańskiej Drukarni Polskiej. Służbę
wojskową odbywał początkowo w 66. Pułku Piechoty, a następnie w
Korpusie Ochrony Pogranicza w Czortkowie, gdzie z wyróżnieniem ukończył
szkołę podoficerską. Po powrocie z wojska prowadził w Inowrocławiu
agencję gazet, tutaj też 24 sierpnia 1939 r. został zmobilizowany do
59. Pułku Piechoty, wchodzącego w skład 15. Dywizji Piechoty Armii
"Pomorze".
Jako dowódca drużyny Jan Gomoła w czasie kampanii wrześniowej brał
udział w walkach pod Bydgoszczą, Gniewkowem, Brześciem Kujawskim,
Kowalem, Gąbinem, Gostyninem, Iłowem, w bitwie nad Bzurą, w Puszczy
Kampinoskiej oraz w obronie Warszawy. Po kapitulacji stolicy do 15
października 1939 r. przebywał w niewoli w obozie jenieckim w
Skierniewicach, skąd udało mu się wydostać i wrócić do Poznania. W
połowie listopada 1939 r. wstąpił w Poznaniu do konspiracyjnej
Narodowej Organizacji Wojskowej, pełnił funkcję kierownika
organizacyjnego w mieście, a następnie w niektórych powiatach
województwa poznańskiego. W lutym 1940 r. Niemcy wysiedlili Jana Gomołę
z Wielkopolski do Krakowa, gdzie pracując zawodowo w handlu
równocześnie działał w NOW, a po reorganizacji w lutym 1942 r. w Armii
Krajowej. W 1943 r. zorganizował i ukończył kurs podchorążych AK, a
następnie przystąpił do organizowania oddziału partyzanckiego. Śledzony
przez Niemców w Krakowie wyjechał wraz z grupą żołnierzy AK w okolice
Radłowa k/ Tarnowa. Tutaj połączyli się z grupą miejscowych partyzantów
i w maju 1944 r. stworzyli oddział partyzancki AK "Janina", którego
dowódcą został ppor. Jan Gomoła pseudonim "Jawor". Oddział ten,
początkowo liczący 30 osób a w późniejszym okresie prawie 100
żołnierzy, prezentował najwyższą siłę bojową, dlatego powierzano mu
najtrudniejsze zadania.
W nocy z 25/26 lipca 1944 r. oddział partyzancki "Janina" brał udział w
słynnej akcji "Trzeci Most", stanowiąc ochronę lotniska "Motyl" w
Jadowikach Mokrych. AK wysłała do Brindisi we Włoszech dane
konstrukcyjne i niektóre części rakiety V-2 oraz kurierów
dyplomatycznych. W sierpniu 1944 r. oddział "Janina" wszedł w skład
Batalionu "Barbara" 16. pp AK Ziemi Tarnowskiej dowodzonego przez
kapitana Eugeniusza Borowskiego pseudonim "Leliwa". Kompania "Janina"
dowodzona przez "Jawora" awansowanego do stopnia porucznika, brała
udział w licznych walkach batalionu "Barbara". Najbardziej jednak
zasłużyła się dnia 25 września 1944 r. w bitwie pod Jamną, gdzie odwaga
dowódcy "Jawora" i jego żołnierzy pozwoliła na utrzymanie linii obrony.
Za tę walkę porucznik Jan Gomoła, w listopadzie 1944 r., został przez
komendanta AK w Krakowie odznaczony Krzyżem Walecznych.
W grudniu 1946 r. Jan Gomoła za przynależność do AK został aresztowany
w Poznaniu. Wypuszczony w 1947 pod stałą "opieką" UB podjął pracę w
Krakowie, później w Zakopanem i Nowym Targu. Ponownie został
aresztowany 9 czerwca 1953 r. w Jarocinie i do 1955 r. był więziony w
Krakowie, Wiśniczu, Brzezinach Śląskich. Po zwolnieniu z więzienia
zamieszkał w Tarnowie, gdzie podjął pracę w handlu. Do emerytury
zatrudniony był w tarnowskiej PSS "Społem".
W latach 70-tych i 80-tych Jan Gomoła czynnie działał w Związku
Inwalidów Wojennych, z jego inicjatywy w 1981 r. powstało przy NSZZ
"Solidarność" Koło Kombatantów. 14 kwietnia 1985 r. po mszy św. w
Kościele Księży Filipinów w Tarnowie, celebrowanej w intencji polskich
oficerów w 45 rocznicę zbrodni katyńskiej, Jan Gomoła wraz z Aliną
Szymiczek i Andrzejem Fenrychem (byli żołnierze AK) zostali
wylegitymowani przez funkcjonariuszy MO za złożenie kwiatów na Grobie
Nieznanego Żołnierza i uznani organizatorami nielegalnego zgromadzenia.
Podczas trzeciej rozprawy (6.11.1985) Jan Gomoła w trakcie
przesłuchania doznał zawału serca i nie odzyskawszy przytomności zmarł
7 listopada 1985 r. Pogrzeb porucznika "Jawora" odbył się na cmentarzu
parafialnym w Krzyżu k/Tarnowa 11 listopada 1985 r. i stał się wielką
patriotyczną manifestacją społeczeństwa tarnowskiego, mimo iż klepsydry
z informacją o ceremoni zostały pozrywane przez "nieznanych sprawców".
Jan Gomoła odznaczony był m.in. Medalem "Za udział w Wojnie Obronnej
1939 r.", Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem Walecznych, czterokrotnie
Medalem Wojska Polskiego i Krzyżem Armii Krajowej.
Opracowano na podstawie: Barbara Sawczyk, Maria Sąsiadowicz, Ewa
Stańczyk "Ocalić od zapomnienia... Patroni tarnowskich ulic.", Tarnów
2003 Przez:Poczet Bohaterów
wtorek, 26 stycznia 2010
Rycerski Zakon Krzyża i Miecza, kpt. dypl. Władysław Polesiński
Nasza
Czeladź ...powołanie ![]() Rycerskiego Zakonu Krzyża i Miecza, na którego czele stanął kpt. dypl. W. Polesiński. Wśród jego członków byli m.in. ppor. pil. Jerzy Maringe i rtm. Jan Włodarkiewicz. Utworzenie i działalność Zakonu spotkało się z życzliwym poparciem Kościoła i niektórych środowisk prawicy. Natomiast zostało negatywnie przyjęt...e przez wyższych wojskowych i sanacyjne władze, gdyż głoszone hasła wskazywały, że dotychczasowe kierownictwo, zarówno wojskowe, jak też cywilne, nie uosabia postulowanych cech charakteru. W tej sytuacji rozpoczęto śledztwo i w maju 1938 r. władze wojskowe zakazały Zakonowi prowadzenia dalszej działalności.Organizacja stawiała sobie za cel zrealizowanie nauki Chrystusa w życiu państwa i zdobycie dla Polski przewodnictwa moralnego wśród narodów, rozwój sił duchowych narodu w oparciu o etykę katolicką, wychowanie mocnych i prawych ludzi – przewodników moralnych. Władysław Polesiński (1906-1939) założyciel
Rycerskiego Zakonu Krzyża i Miecza Władysław Polesiński przyszedł
na świat 8 września 1906 w Żelechowie. Jego ojciec, Jan Polesiński, był
stolarzem; matka – Paulina z Dębińskich – zmarła, kiedy syn miał 12 lat.
Uczęszczał początkowo do gimnazjum w Żelechowie, udzielał się tam w harcerstwie.
Następnie podjął naukę w Korpusie Kadetów nr 2 w Modlinie, potem w Oficerskiej
Szkole Lotnictwa w Dęblinie. Ukończył ją w 1927 w stopniu sierżanta
podchorążego; rok później został mianowany podporucznikiem, a w 1930 otrzymał
odznakę pilota. W 1931 został awansowany do rangi porucznika. Służył później w 2
Pułku Lotniczym w Krakowie, studiując jednocześnie prawo na Uniwersytecie
Jagiellońskim. W 1928 ożenił się z nauczycielką Janiną Truchlińską; mieli syna
Władysława urodzonego w 1936. Podczas lotu ćwiczebnego z Lwowa do Krakowa w 1931
miały miejsce zdarzenia, które zadecydowały o jego dalszym życiu. Polesiński
przy podchodzeniu do lądowania zmniejszył wysokość lotu do 200 m; wówczas silnik
uległ awarii i samolot zaczął gwałtownie spadać. Maszyna, zahaczając o drzewo,
spadła na ziemię. Polesiński twierdził, że po zawołaniu "Jezu ratuj!" usłyszał
wewnętrzny głos. Wykonując jego polecenia, wydostał się wraz z obserwatorem z
samolotu, po czym nastąpił wybuch. Swoje przeżycia opisał później w wierszu:
STAŁO SIĘ TO O GODZINIE DZIEWIĄTEJ WIECZOREM Noc czarna. Ziemia gdzieś pode mną
1500metrów, zgubiła się w mroku... Gdy wtem motor, me serce, bić przestaje
..."Lądować!" - ciemno, szukam, gdzież ta ziemia ... Wtem - łomot, huk, coś się
wżera w krzyże, Bucha płomień ... Szamocę się, ratunku, na próżno: Kadłub
przygniata cię-żarem do ziemi ... "O Jezu!" Krzyk ten wydarł się jak oszalały
... I wnet wyraźnie wewnątrz mnie rozkazy: "Puść klamry pasów! Pchnij tamte
dźwigary! Uciekaj!"... Spełniam ślepo, co ten głos mi każe, i - jestem wolny.
Już mnie nic nie praży. Usiadłem nad swym niedoszłym śmiertelnym zwęgliskiem i z
twarzy ocierałem krew, co się lała żywa. Nie śmiałem spojrzeć. Czułem, że ktoś
się z tych płomieni zbliża. Schyliłem kornie głowę, bo szedł do mnie On, Wielki,
Miłujący Pan z Krzyża, Jezus, Bóg! Do mnie, człowieka ... Z kolei syn Władysława
Polesińskiego (również Władysław) wspomina: Mama opowiadała mi o wypadku
lotniczym mojego Ojca. Przedstawiła mi ten wypadek jako najważniejszy moment w
ich życiu. Mama uratowanie się Ojca od śmierci określała jako cud. Kiedy Ojciec
po tym wypadku dotarł do domu i opowiedział Mamie, jak uniknął śmierci - Mama na
słowa Ojca odpowiedziała: "Żyjesz, bo przecież się bardzo o Ciebie modliłam,
żebyś wrócił cały i zdrów". A stało się to o dziewiątej wieczorem. Pod wpływem
tego wydarzenia porucznik Polesiński stał się człowiekiem żarliwej wiary.
Wkrótce też zaczął gromadzić wokół siebie grupę młodych oficerów różnych
rodzajów broni, którzy w 1937 r. napisali w "Polsce Zbrojnej" cykl artykułów,
określających podstawy nowego ruchu. Głosili ideę wykształcenia silnych
charakterów, nowej elity, czegoś w rodzaju nowoczesnego rycerstwa i wychowania
"mocnego człowieka" o żarliwej wierze i gotowości do jak najwierniejszej służbie
Polsce. Celem tego miało być dokonanie swoistej "sanacji moralnej",
powstrzymanie upadku moralności i kultury. W 1938 r. inicjatywa została
sformalizowana poprzez oficjalne powołanie Rycerskiego Zakonu Krzyża i Miecza,
na którego czele stanął kpt. dypl. W. Polesiński. Wśród jego członków byli m.in.
ppor. pil. Jerzy Maringe i rtm. Jan Włodarkiewicz. Utworzenie i działalność
Zakonu spotkało się z życzliwym poparciem Kościoła i niektórych środowisk
prawicy. Natomiast zostało negatywnie przyjęte przez wyższych wojskowych i
sanacyjne władze, gdyż głoszone hasła wskazywały, że dotychczasowe kierownictwo,
zarówno wojskowe, jak też cywilne, nie uosabia postulowanych cech charakteru. W
tej sytuacji rozpoczęto śledztwo i w maju 1938 r. władze wojskowe zakazały
Zakonowi prowadzenia dalszej działalności. Organizacja stawiała sobie za cel
zrealizowanie nauki Chrystusa w życiu państwa i zdobycie dla Polski
przewodnictwa moralnego wśród narodów, rozwój sił duchowych narodu w oparciu o
etykę katolicką, wychowanie mocnych i prawych ludzi – przewodników moralnych. W
tym celu jej członkowie codziennie wieczorem brali udział w apelu do Jezusa
Chrystusa i Maryi – Królowej Narodu Polskiego. Władysław Polesiński (syn)
wspomina: Godzina dziewiąta wieczorem była dla Ojca, a potem również dla całego
Zakonu Krzyża i Miecza - godziną, w której każdy żołnierz Zakonu w modlitwie
łączył się z Chrystusem". Kpt. Polesiński codziennie o godzinie 21 zdawał
Chrystusowi meldunek z tego, czego dokonał w minionym dniu, i prosił o światło,
czego ma z pomocą Mocy Bożej dokonać jutro. Takie są źródła Apelu
Jasnogórskiego. Teraz już nie tylko Rycerski Zakon Krzyża i Miecza, ale cały
Naród za przyczyną Kardynała Stefana Wyszyńskiego, staje do raportu przed
Chrystusem razem z Maryją Królową Narodu Polskiego. Sam założyciel Zakonu pisał:
Bo przedziwnie dotąd splatały się dzieje Narodu polskiego i polskiego oręża z
imieniem Maryi. Z Jej imieniem, z pieśnią "Bogurodzica" na ustach ruszało w bój
polskie rycerstwo. Jej oblicze z Obrazu Częstochowskiego zdobiło zwycięskie
sztandary. Jej ryngraf błyszczał na piersi praojców, widomy symbol ich ideałów
... Jej opiece oddawano Rzeczpospolitą w chwilach - zdawało się -
beznadziejnych, gdy już znikąd ratunku nie było widać. Ją to Jan Kazimierz z
wdzięczności za ocalenie Ojczyzny obwołał po wieki Królową Korony Polskiej. A
ileż wojen i bitew zwycięskich, w których krwawił się miecz polski w obronie
Krzyża, zawdzięczamy wstawiennictwu! Jesteśmy przecież uczniami i bojownikami
Chrystusa. On to sam na chwilę przed śmiercią - z Krzyża swego rzuca jedynemu
uczniowi, który wytrwał z Nim do końca, te słowa, wskazawszy na Maryję: "Oto
Matka twoja". My te słowa podejmujemy, wstępując tym samym na wypróbowaną w
Kościele Walczącym drogę, jaka prowadzi przez Maryję do Jej Syna. Uczymy się
zatem darzyć Maryję czymś więcej niż tradycyjnym sentymentem, zacnym może, ale
nie zawsze głębokim ... Uczymy się widzieć w Niej prawdziwą Hetmankę. Tę, która
"starła głowę węża" - naszego odwiecznego wroga. Uczymy się szukać w Niej tej
siły, którą znajdowało rycerstwo polskie pod Grunwaldem, Obertynem i Wiedniem,
widzieć tę siłę, która przodkom naszym dawała szaleńczą brawurę i rozmach, która
do skrzydeł husarskich przykuła tradycję zwycięstwa. Uczymy się, na przykładzie
Jej życia, takich cnót prawdziwie męskich, jak opieranie się całym swym
jestestwem o Boga, bohaterskiej, całopalnej ofiarności, dochowania wierności aż
do końca. Z synowskim tedy oddaniem - często, szczerze a z ufnością - prośmy Ją,
Królową Korony Polskiej, Patronkę Polskiej Młodzieży Akademickiej i Patronkę
naszego Zakonu, o światło dla oczu, o moc dla ramion naszych, moc na to, byśmy
zbudowali Polskę Chrystusową, w której panowanie Maryi stanie się w każdej
dziedzinie rzeczywistością ... Prośmy gorąco, a Ona nam niczego nie odmówi, jako
Matka prawdziwa, bo "od wieków nie słyszano, by kogo, kto do Niej się ucieka,
puściła"... Przez Nią więc do Syna - z Nim zaś po zwycięstwo! RZKiM nawiązywał
do tradycji rycerskich dawnej Polski. Dla członków Zakonu tradycja była czymś
więcej niż zwykłym przywiązaniem do przeszłości, ale czymś żywym. Pragnęli oni
odbudować dawny autorytet rycerza-żołnierza, który łączy swoje działania z
głęboką wiarą. Przejawem tego miała być pogarda śmierci i hańby oraz miłość do
Boga, Prawdy i Ojczyzny. Polska miała być krajem przeznaczonym do wielkich
czynów, mocarstwowej pozycji i moralnego przewodniczenia narodom. Zanim to
jednak nastąpi, musiała najpierw dojrzeć duchowo, w czym pomocna miała być etyka
katolicka. Każdy z "rycerzy" miał wypełniać swoje obowiązki w przykładny sposób,
stając się wzorem dla innych, jak też samemu kształtując w sobie zalety
niezbędne do służby krajowi. Zakon miał ponadto bardzo silny charakter
antykomunistyczny. Wydawał pismo pt. "Krzyż i Miecz". Z powodu tajności
działania do Zakonu nie można było się zapisać, a jedynie zostać przyjętym.
Członkami mogli być tylko Polacy wyznania katolickiego. Upatrzonych kandydatów o
właściwej postawie moralnej zapraszano na specjalne rozmowy przedstawiające cele
i zadania organizacji. Następnie wypełniali oni kwestionariusze rozpatrywane
przez kierownictwo. Przyjęci kandydaci przybierali sobie pseudonimy i tylko pod
nimi byli znani w organizacji. Nie ograniczano się zresztą tylko do wojskowych,
werbowano również nauczycieli, literatów, czy dziennikarzy (...).
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
EU-Fotos
FREUNDE - PRZYJACIELE
IN POLEN - W POLSCE
KOSIEWSKI
Księga - Gästebuch
KULTUR
LITERATUR
Narodowi socjaliści - komuniści - inne
NASZE - UNSERE
POLONIA i Polacy za granicami RP
SOWA
SOWA RADIO
SOWA VIDEO
UNIA & POLSKA
YES - POLAND
Tagi
Sowa Magazyn Europejski![]() Utwórz swoją wizytówkę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||