|
Bóg, Honor, Ojczyzna. Ojcowizna otwarta na świat - od 1999 jako biuletyn Konserwatysta Małopolski ISSN 1773-3946
czwartek, 26 marca 2009
Witold Filipowicz: Myśleć kategoriami dobra państwa, a nie tylko kategoriami swojego miejsca przy biurku
![]() Rysa czy wyrwa? Obecnemu rządowi udało się coś, czego dotąd nie dokonała żadna władza. Doprowadził do gremialnego buntu w urzędzie administracji państwowej. Nawet za czasów PRL, w najgorętszych okresach niepokojów społecznych, takie rzeczy się nie zdarzały. Czy obecna koalicja otworzyła nowy rozdział w budowaniu standardów i zasad życia publicznego? Premier Tusk, na wniosek wicepremiera Pawlaka odwołał prezes PARP ze stanowiska. Szczegóły tej dymisji opisuje Polska The Times (wydanie z 17.03.09). Reszta naszych ogólnopolskich i opiniotwórczych milczy, jak dotąd. Norma? Opisany stan faktyczny odwołania prezes Jabłońskiej zdaje się ukazywać po raz kolejny faktyczne standardy, jakie obowiązują w rządzie „Człowieka z zasadami”. Te meandry jednak niech opisują bliżsi tematu. Tu warto zwrócić uwagę na sytuację niespotykaną dotąd w polskiej rzeczywistości. Bunt urzędników instytucji administracji państwowej wobec decyzji władzy o odwołaniu szefa urzędu. Wywożenie na taczkach różnych dyrektorów czy prezesów przywożonych w teczkach od dawna już wpisało się w naszą rzeczywistość. Czy coś się zmieniło? Nadal pielęgnowana jest norma, że na wysokich stanowiskach w instytucjach publicznych zasiadają znajomi królika. Choćby nawet półanalfabeci. Te wszystkie upadki firm państwowych, kopalń, stoczni, szpitali, te spirale zadłużeń całych resortów, a potem te próby naprawiania poprzez prywatyzowanie i dawanie w zarządy tym samym kacykom, którzy do upadłości doprowadzili, to są skutki polityki personalnej wielu rządów. Tłumaczenia trudności przyczynami obiektywnymi, a teraz zwłaszcza globalnym kryzysem są, delikatnie określając, robieniem wody z mózgu obywatelowi. W sposób zresztą niespecjalnie wyszukany. Bowiem skutkami tych zapaści są najczęściej pielęgnowane zwyczaje partyjnego obsadzania stanowisk. Często przez osoby, które mają kwalifikacje do, co najwyżej, zarządzania stadem inwentarza gospodarstwa z dziewiętnastego wieku. I dotyczy to każdego nieudacznika, który ma szczęście mieć na wysokim stanowisku partyjnego kolegę. Przy czym i wiek też nie ma tu żadnego znaczenia. Widzimy na co dzień te młode wilczki, złaknione władzy. Formalnie wysoko wykształceni, europejczycy w każdym calu, Dopóki ust nie otworzą. Tak starzy jak i młodzi. Nabici wiedzą formalną, jedni i drudzy często wykazują już po jednym zdaniu swoje faktyczne predyspozycje do kierowania czymkolwiek. Ale trend jest taki, że po usuwaniu, bezpardonowym, fachowców w swoich dziedzinach, fotele dyrektorów i prezesów obsiadają często właśnie takie gejzery intelektu. Potem uruchamiana jest zasada domina. Wymiana każdego nie swojego na swojego. Oczywiście, zastąpienie prezes Jabłońskiej przez jej dotychczasową zastępczynię nie musi od razu oznaczać powielania tego szablonu, o jakim wyżej. Jednakże, pomijając stronę fachowości, jeśli nowo ustanowiona prezes za jeden z priorytetów uznała ustalenie, gdzie, na czyim komputerze sporządzony został ów protest, to ma to swoją wymowę. Najistotniejsze w tej sprawie jednak jest to, że kilkuset urzędników instytucji państwowej podpisało się – z imienia i nazwiska – pod protestem przeciwko takiemu odwołaniu. Tego jeszcze w historii Polski nie było. Ani w PRL, ani w III RP, ani w II RP. To, czego dokonał tandem Tusk-Pawlak – bunt urzędników państwowych przeciwko władzy państwowej – powinno być zapisane w annałach historii administracji i naukach o politycznych systemach ustrojowych państwa. Jeżeli spośród czterystu pięćdziesięciu urzędników pod listem protestacyjnym podpisuje się czterystu, to jest to wyraźny sygnał, że podstawą sprzeciwu były względy merytoryczne. Pozostaje tylko pytanie – rysa to jedynie, czy przełom cywilizacyjny państwa? Czy jesteśmy świadkami, że urzędnik państwowy z determinacją pokazuje wreszcie, że nie jest bezmyślnym i bezwolnym narzędziem, lecz jest człowiekiem świadomym, myślącym i również mającym głęboko zakorzenione poczucie przyzwoitości. A jednocześnie potrafiącym myśleć kategoriami dobra państwa, a nie tylko kategoriami swojego miejsca przy biurku. Byłoby dobrze dla nas wszystkich, by ten niecodzienny przykład nieposłuszeństwa stał się podstawą budowania naszych standardów życia publicznego. Można tu się doszukiwać pewnych związków z istniejącym zwyczajem z czasów cesarstwa austrowęgierskiego, gdzie przyznawano odznaczenia za…niewykonanie rozkazu. Rozkazu głupiego, bezmyślnego, szkodliwego. Setki tysięcy rzetelnych, fachowych, przyzwoitych i uczciwych urzędników administracji publicznej otrzymało przykład, że ustawiczne zginanie karku przed decydentami o konduicie miernot, czasem hochsztaplerów politycznych czy wręcz zwykłych prymitywnych graczy o władzę i stołki nie musi być standardem funkcjonowania państwa. Urzędnik jest zobowiązany do lojalności wobec władzy. Ale tylko do momentu, dokąd władza jest lojalna wobec państwa i swoich obywateli. Poza tą granicą nie może być już mowy o żadnej lojalności wobec władzy. Urzędnik nie jest narzędziem. Jest człowiekiem i obywatelem. I tylko na tej płaszczyźnie obowiązuje go zasada lojalności. exclusiv Witold Filipowicz Warszawa, marzec 2009 r.
sobota, 07 lutego 2009
Witold Filipowicz: Spółdzielcza ciuciubabka
http://my.opera.com/sowa-frankfurt/blog Spółdzielcza ciuciubabka Uchwały organów spółdzielni są czynnościami prawnymi, podlegającymi kontroli sądowej. Jak się od takiej kontroli uchylić? Proste. Utknąć w pół drogi. A sąd to może usankcjonować. W sprawie przeciwko Spółdzielni Mieszkaniowej „Górczewska” w Warszawie – sygn. akt XXV C 754/08 – w dniu 28 stycznia 2009 r. zapadł wyrok oddalający pozew przeciwko Spółdzielni. Treść uzasadnienia zawiera w sobie wiele interesujących stwierdzeń. Wobec wielowątkowości sprawy, a zwłaszcza wobec tych interesujących wątków w uzasadnieniu ustnym, należy poczekać na uzasadnienie pisemne. Niemniej już teraz warto wskazać te aspekty, które w uzasadnieniu ustnym zostały podniesione, ale też te, których zabrakło całkowicie. Pozwy w powyższej sprawie wpłynęły od dwóch członków SM „Górczewska”. Z uwagi na zbieżność materii i podobieństwo, a nawet tożsamość roszczeń, obie sprawy połączono do wspólnego rozpoznawania. Jednym z roszczeń było uznanie za nieważny wybór nowego składu rady nadzorczej. Rzecz w tym, że ów wybór zakończył się na czynnościach komisji skrutacyjnej, natomiast uchwały w tej materii Zebranie Przedstawicieli nie podjęło. W związku z tym wspomniany wyżej pozew został uzupełniony o żądanie ustanowienia dla SMG kuratora. Cel takiego ustanowienia został jasno określony – zwołanie Walnego Zgromadzenia SM „Górczewska” dla przeprowadzenia prawidłowego wyboru organów Spółdzielni. Stosownie do art. 38 kodeksu cywilnego osoba prawna, a taką jest spółdzielnia mieszkaniowa – działa poprzez swoje organy w sposób przewidziany w ustawie i w opartym na niej statucie. Wychodząc od tego przepisu, powodowie uzupełnili pozew, precyzując też i inne zastrzeżenia, jakie się pojawiły wobec zaistniałych okoliczności. Na Zebraniu Przedstawicieli w dniu 28-29 czerwca 2008 r. dokonano wyborów członków Rady Nadzorczej SMG. Jednakże nie została w tej materii podjęta stosowna uchwała. Niezależnie więc od kwestionowania legalności w ogóle zwołania Zebrania Przedstawicieli, wbrew przepisom art. 83 ust. 1 w związku z art. 54 ust 2 Ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych (uosm), uchylanie się pozwanej SMG od podjęcia uchwały o zmianach w składzie Rady Nadzorczej było sprzeczne z § 111 ust. 1 Statutu SMG. Tym samym wszelkie czynności prawne SMG, podejmowane na podstawie uchwał organów, działających bez właściwego umocowania prawnego – brak uchwały w zakresie dokonanych wyborów - mogą być kwestionowane jako nieważne z mocy prawa. Sprawozdanie komisji skrutacyjnej z dokonanego wyboru nie stanowi takiego umocowania. Daje jedynie podstawę do podjęcia uchwały w zakresie zmian w składzie Rady Nadzorczej. Na podstawie takiej uchwały organ SMG zgłasza stosowne zmiany do Krajowego Rejestru Sądowego z wnioskiem o ich ujawnienie w rejestrze. Podobnie, jak przegłosowanie nieudzielania absolutorium samo w sobie też nie stanowi czynności prawnej wywołującej skutki prawne. Daje jedynie podstawę do podjęcia uchwały o – na przykład - nieudzielaniu absolutorium zarządowi. To z kolei dopiero daje podstawę do ewentualnego odwołania zarządu. Należy tu podnieść, iż do Zebrania Przedstawicieli (z zastrzeżeniem powołanych wyżej niezgodności z prawem zwoływania ZP w ogóle – art. 83 ust. 1 w związku z art. 54 ust. 2 uosm) - mają zastosowanie przepisy art. 37 § 2 oraz inne przepisy Ustawy Prawo spółdzielcze w związku z art. 1 ust. 7 uosm. Art. 42 § 4 Prawo spółdzielcze stanowi, że każdy członek spółdzielni lub zarząd może wytoczyć powództwo o uchylenie uchwały, natomiast § 6 powołanego przepisu określa terminy wniesienia powództwa. Z treści przepisów wynika, że prawo zaskarżenia dotyczy każdej uchwały podjętej przez Walne Zgromadzenie (odpowiednio ZP). Z kolei art. 43 § 1 Prawo spółdzielcze stanowi, że uchwały walnego zgromadzenia ( odpowiednio uchwały ZP) obowiązują wszystkich członków spółdzielni oraz wszystkie jej organy. Z treści powołanego przepisu, z uwagi na brak uchwały ZP o wyborze Rady Nadzorczej, można zatem wyprowadzić wniosek, na zasadzie a contrario, że brak uchwały w jakimkolwiek zakresie działania ZP, która miałaby wywoływać skutki prawne, powoduje brak zobowiązania do uwzględniania ustaleń i decyzji ZP w zakresie tego braku. Oznaczać to może brak zobowiązania do uznawania wyboru Rady Nadzorczej jako organu SMG w nowym składzie. Może to też oznaczać nieistnienie w chwili obecnej Rady Nadzorczej SMG. Pociąga to za sobą określone skutki prawne, w tym i nieistnienie Zarządu SMG, wybranego przez Radę Nadzorczą, która nie ma właściwego umocowania prawnego. Ponadto uporczywe uchylanie się pozwanej SMG od podjęcia stosownej uchwały o wyborze Rady Nadzorczej na Zebraniu Przedstawicieli w dniach 28-29.06.2008 r. uniemożliwiła powodom wniesienia pozwu o uchylenie uchwały i poprzez to doprowadzenie do sądowej kontroli legalności i prawidłowości ustanowienia organu SMG – Rady Nadzorczej. Stosownie bowiem do powołanych wyżej przepisów art. 42, pozew o uchylenie może być wniesiony tylko wobec podjętej uchwały. W odniesieniu zaś do § 2 i § 3 art. 42, brak uchwały uniemożliwia realizację jej kontroli pod względami wymienionymi w tych przepisach. Tym samym, poprzez zaniechanie, pozwana SMG uniemożliwiła powodom realizację konstytucyjnego prawa do sądu – art. 45 ust. 1 Konstytucji RP – w zakresie, w jakim ustawa nadaje takie uprawnienie. Prawo do sądu jest prawem bezwzględnym i żaden przepis ustawy nie może obywatela takiego prawa pozbawiać. Tym bardziej nie może pozbawiać prawa do sądu działanie polegające na uniemożliwianiu jego realizacji. W tym wypadku działanie polegające na zaniechaniu. Szerokie kompetencje Rady Nadzorczej oraz wybieranego przez nią Zarządu uprawniają te organy do podejmowania decyzji, które mogą mieć wpływ bezpośredni i pośredni na sytuację prawną i faktyczną powodów. Również na sytuację prawną wszystkich członków SM „Górczewska”, a także na zobowiązania podejmowane przez SMG na zewnątrz.. Stąd kwestią zasadniczą i niecierpiącą zwłoki jest usunięcie niepewności prawnej, związanej z wyborem organu SMG – Rady Nadzorczej. Poczynając od ustalenia legalności zwołanego Zebrania Przedstawicieli. Na brak przejrzystości i wątpliwości, że działania są podejmowane w dobrze pojmowanym interesie Spółdzielni obecnej Rady Nadzorczej, wskazywać też mogą okoliczności i sposób postępowania z nowym Statutem SMG. Dostosowanym do wymogów znowelizowanej Ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych, w szczególności w zakresie przepisów o organach Spółdzielni. Nowy Statut – złożony w KRS 12.06.2008 r. celem jego zarejestrowania – zawierał zmiany dotyczące organów, które ustanawiały w miejsce Zebrania Przedstawicieli, jako najwyższego organu Spółdzielni, Walne Zgromadzenie. ZP z 28-29.06.2008 r. podjęło uchwałę o wycofaniu wniosku o rejestrację nowego Statutu, powołując się na niezgodności lub nieprawidłowości niektórych przepisów w Statucie. Takie nieprawidłowości można było usunąć bez wycofywania wniosku o rejestrację, a jedynie poprzez zmianę kwestionowanych przepisów. Wydaje się trafna konkluzja, że wycofanie wniosku o rejestrację Statutu – i w praktyce jego wycofanie z KRS - zmierzało do doprowadzenia na powrót sposobu funkcjonowania SMG na podstawie Statutu poprzedniego, to jest z organem najwyższym SMG – Zebraniem Przedstawicieli. Taka formuła, niezgodna z prawem, należy podkreślić, jest wysoce podatna na manipulacje i ingerowanie w sposób i treść podejmowanych uchwał i innych decyzji. Znamienne jest to, że właśnie uchylanie się SMG od zwołania Walnego Zgromadzenia uzasadniane jest funkcjonowaniem poprzedniego Statutu – po uniemożliwieniu rejestracji Statutu zgodnego z ustawą. Pozwana SMG powołuje się teraz na przepisy o ZP, wbrew przepisom ustawy powołanymi powyżej. Postępowanie takie nosi znamiona działania sprzecznego z interesami Spółdzielni i spełniać się zdaje przesłanki, o których mowa w art. 5 KC, to jest nadużycie prawa oraz w art. 58 § 1 KC, tj, działania mającego na celu obejście przepisów ustawy – art. 83 uosm, a także działania sprzecznego z zasadami współżycia społecznego – art. 58 § 2 kodeksu cywilnego poprzez próby utrzymania ZP, jako quasi-organu, podatnego na sterowanie nim przez grupy wspólnych interesów. Treść i argumentacja powyższa została przez Sąd całkowicie pominięta.
Treść i argumentacja powyższa została przez Sąd całkowicie pominięta. Można byłoby przyjąć, iż Sąd pominął ja dlatego, ponieważ żądanie ustanowienia kuratora postanowił przekazać do odrębnego postępowania według właściwości rzeczowej innego sądu. W zasadzie słusznie, jednakże w związku z tą częścią uzupełnienia pozwu nasuwają się pytania o kluczowym znaczeniu dla kwestii oddalenia pozwu. A przede wszystkim ważności samego postępowania w tej sprawie. Zakwestionowana legalność zwołania i obradowania Zebrania Przedstawicieli już powinna zobowiązać Sąd do zbadania – z urzędu – czy cała procedura jest ważna. W podobnej sprawie przed sądem gdańskim – sygn. akt I C 773/08 i potem w postępowaniu apelacyjnym – sygn. akt I ACa 1299/08 stwierdzono, że po 1 stycznia 2008 roku najwyższym organem spółdzielni jest Walne Zgromadzenia. Takiego tworu jak Zebranie Przedstawicieli przepisy w ogóle nie przewidują. Różne ekwilibrystyki, jakie dokonują setki spółdzielczych watażków, by uchylać się od zwołania walnych zgromadzeń – jak stwierdziły obie instancje sądowe – są działaniami w celu obejścia prawa. Próby racjonalizowania takich działań przez spółdzielnie – próby dość infantylne zresztą – sądy oceniły jednoznacznie – nie mają racji bytu i nie korzystają z ochrony prawnej. W postępowaniu przeciw SM „Górczewska” Sąd Okręgowy w Warszawie ten aspekt – wyraźnie wyartykułowany - w ogóle pominął. I już choćby tylko z tego powodu ważność całego postępowania stanęła pod znakiem zapytania. Jest też kolejna kwestia, postawiona w uzupełnieniu pozwu, a której Sąd również nie wziął pod uwagę. Mianowicie kwestia zdolności sądowej i procesowej stron postępowania. Kuriozalnie w tym zakresie brzmiało uzasadnienie wyroku oddalającego pozew przeciw SM „Górczewska” w przedmiocie unieważnienia uchwały dotyczącej wyboru nowego składu Rady Nadzorczej. Mianowicie Sąd oddalił pozew w tym zakresie z powodu… braku takowej uchwały. Sąd miał, oczywiście, rację, że nie może uchylić czegoś, czego nie było. Jednakże pozew, w dosłownym brzmieniu, nie dotyczył uchylenia tej nieistniejącej uchwały, lecz unieważnienia procedury prowadzącej do owych zagadkowo przebiegających wyborów. Można więc wysunąć wniosek, że wybory te – de facto - w istocie się nie zakończyły z powodu braku uchwały w tej materii. Zaistniała więc interesująca sytuacja. Sąd stwierdził, że uchwała konstytuująca nowy skład Rady Nadzorczej SM „Górczewska” nie została podjęta. W tym przypadku – niemal automatycznie – nasuwa się pytanie, jaki w istocie jest status obecnych organów SMG i czy w ogóle one istnieją w sensie prawnym? Czy do ukonstytuowania się organu – Rady Nadzorczej – wystarcza samo sprawozdanie komisji skrutacyjnej? W protokole z zebrania ZP, o czym wyżej, znajduje się wiele różnych uchwał, podejmowanych przez nowy skład RN. Natomiast uchwały o ustanowieniu Rady Nadzorczej SMG nie ma. Jeżeli do odwoływania zarządu i członków rad nadzorczych wymagane jest podejmowanie uchwał, to nie ma żadnego uzasadnienia by twierdzić, iż wybory do rad nadzorczych mają się odbywać w innym trybie niż podejmowanie uchwał. Jak wspomniano na wstępie, osoba prawna działa poprzez swoje organy. Te organy muszą mieć umocowanie prawne zgodnie z wymogami przepisów powszechnie obowiązujących. W przeciwnym razie ich byt prawny nie istnieje i wszelkie działania takiej osoby prawnej są nieważne z mocy prawa. W tym wszelkie uchwały podejmowane przez tego rodzaju quasi-organy. Dotyczy to też umocowania prawnego pełnomocników prawnych do występowania przed sądami w imieniu osoby prawnej. Jeżeli organ osoby prawnej nie ma właściwego umocowania prawnego, to ustanawiane przez taki organ pełnomocnictwo procesowe również jest nieważne. Kto zatem właściwie i na jakiej podstawie stawał w imieniu i z upoważnienia SM „Górczewska” przeciwko powodom w tym postępowaniu? Sąd Okręgowy w Warszawie, stwierdzając, iż uchwały o składzie Rady Nadzorczej SMG nie było i nie ma, a zatem wybrany przez taki quasi-organ - Radę Nadzorczą - Zarząd SM „Górczewska” również ma status co najmniej wątpliwy, powinien w pierwszej kolejności rozpoznać kwestię, kto właściwie występuje w imieniu pozwanej SMG i czy ma umocowanie prawne do stawania w sporze? Być może Sąd Apelacyjny znajdzie odpowiedź na te pytania. Witold Filipowicz Warszawa, luty 2009 r. mifin@wp.pl Witold Filipowicz exclusiv
piątek, 05 grudnia 2008
Prawa i wolności w naszej spółdzielczości
Witold Filipowicz exclusiv Opinia społeczna o spółdzielczości, w szczególności o spółdzielniach mieszkaniowych ugruntowana jest od lat. Państewka w państwie, w których dzieją się dantejskie sceny. Pojawiające się od dawna setki artykułów na ten temat zdają się potwierdzać zasadność negatywnych ocen. Zjawiska nepotyzmu, kumoterstwa, niekompetencji, niegospodarności a w końcu i zwykłej arogancji organów i pracowników wobec członków przedstawiane są w tak wielu odmianach i z wielu stron kraju, że trudno byłoby zakładać, iż dotyczy to tylko jakiejś wąskiej grupy. Wystarczy dokonać nawet pobieżnej kwerendy spraw sądowych i doniesień do prokuratury wnoszonych przez członków spółdzielni, gdy próby porozumienia wewnątrz zawodzą. Członkowie zarządów i rad nadzorczych stają pod pręgierzami i niejednokrotnie się okazuje, że zasadnie. Wyroki sądów karnych przeciwko prezesom i innym członkom organów świadczą o tym, że istotnie w spółdzielczości dobrze nie jest. Spółdzielnia Mieszkaniowa „Górczewska” w Warszawie jest jedną z setek jej podobnych. Z takimi samymi bolączkami, jak inne spółdzielnie. Od szeregu miesięcy docierały do mieszkańców informacje o pogarszającej się kondycji SMG. Nie tylko finansowej. Przede wszystkim organizacyjnej, a w szczególności o wyjątkowo złej atmosferze wewnątrz i nieustających scysjach pomiędzy członkami spółdzielni i jej organami – Radą Nadzorczą i Zarządem. Nie pozostawało nic innego, jak wyjść do ludzi i w bezpośrednich rozmowach spróbować ustalić przynajmniej ogólny zarys źródeł wewnętrznych konfliktów. Bo że te konflikty istnieją, nie ulegało żadnej wątpliwości. Nadarzyła się właśnie doskonała okazja, bowiem na dni 14-15 listopada zaplanowano obrady Zgromadzenia Przedstawicieli (ZP), statutowy organ Spółdzielni, zakresem kompetencji tożsamy z Walnym Zgromadzeniem. Jednakże życie po raz kolejny pokazało, jakie jest nieprzewidywalne i pełne niespodzianek. Pierwotny cel wizyty na obradach ZP uległ gwałtownej przemianie wobec zaskakującego zdarzenia, jakie się rozegrało w związku z pojawieniem się na sali obrad osoby z…legitymacją prasową. Próba dyskretnego wejścia nie do końca się udała i to ta właśnie legitymacja najwyraźniej wzbudziła zainteresowanie, bo właściciel mało komu był znany. Po kilku minutach jedna z delegatek wstała i w imieniu zgromadzonych serdecznie powitała przedstawiciela prasy, zapraszając do zajęcia miejsca. Bardzo sympatyczny gest, rzadko spotykany na tego rodzaju posiedzeniach. Można było przyjąć, że część powitalno-towarzyska się odbyła i każdy powraca do swoich zajęć – delegaci do obrad, dziennikarz do nadstawiania uszu, patrzenia i notowania. Zapowiadał się długi dzień i godziny żmudnego wyłuskiwania z dziesiątków wypowiedzi okruchów istotnych informacji, faktów, obserwacji emocji, rozmów. Po dwudziestu minutach słuchania i potem po dalszych dziesięciu minutach przerwy stało się jasne, że poprzednia wiedza z tego szumu informacyjnego to tylko wierzchołek góry lodowej. Stawało się jasne, iż wiele spraw, będących zarzewiem konfliktów nie pojawiło się przed miesiącem czy rokiem. Niektóre z nich sięgają korzeniami wstecz nawet lat kilkunastu. Kontredans w stylu białoruskim z Kafką w tle Coś się zaczynało rysować, choć wielością sygnalizowanych problemów można byłoby obdzielić szwadron dziennikarzy. Trzeba było zacząć intensywniej drążyć choć kilka wątków. Ale, jak się powiedziało, życie płata figle. Po przerwie, zamiast wznowić obrady, Przewodnicząca Prezydium, p. Barbara Różewska postanowiła dokonać oficjalnej prezentacji i powitania przedstawiciela prasy. Bardzo szybko się okazało, że w gruncie rzeczy nie chodzi o żadne powitanie. Co najwyżej prezentację. Padło pytanie, w jakim charakterze dziennikarz pojawił się na sali. Czy jako dziennikarz wykonujący swoje obowiązki służbowe, czy też jako mieszkaniec, pragnący przysłuchać się obradom. Bo jeśli jako mieszkaniec, to po co ten „identyfikator”, a jeśli jako dziennikarz, to na czyje zaproszenie. Ponieważ sytuacja była dość specyficzna, dziennikarz, wobec tego niespodzianego przesłuchania, z lekkim przymrużeniem oka ale i zgodnie z prawdą przedstawił zgromadzonym – do wyboru – trzy możliwości: - dziennikarz przybył jako dziennikarz; - przybył jako mąż reprezentujący interesy żony, członka spółdzielni; - jako mieszkaniec, choć nie członek spółdzielni. I tu znów niespodzianka, bowiem sprawa ustalenia charakteru obecności okazała się dla Prezydium sprawą kluczową, by zadecydować, czy przedstawiciel – jak to określono – „mediów zewnętrznych”, będzie mógł pozostać na sali obrad. Powiało duchem Łukaszenki. Trzecią „podstawę prawną”, mieszkańca „bez identyfikatora”, dziennikarz pominął. Kilka sugestii, jakie padły z sali, by po prostu schować „plakietkę” i sobie siedzieć jako mieszkaniec, należało potraktować chyba w kategoriach żartu średnio-śmiesznego. Dlaczego ktoś, kto ma prawo posługiwać się legitymacją prasową miałby ją chować? A nawet jakby ją schował, to co by to zmieniało? Pozostały zatem dwie pierwsze możliwości. Tu nastąpił niespodzianek ciąg dalszy. Bo jeśli, jak to wyjaśniała p. Barbara Różewska, dziennikarz chce pozostać na sali jako dziennikarz, a nie był przez nikogo zaproszony, to ZP musi tę kwestię poddać pod głosowanie i zdecydować, czy przedstawiciel prasy będzie mógł pozostać na sali obrad.
Znaczy, w głosowaniu ma udzielić, lub nie, akredytacji. Z kolei jeśli chce pozostać jako reprezentujący interesy swojej żony, członka spółdzielni, to musi przedstawić…pisemne pełnomocnictwo udzielone przez żonę. Na podstawie takiego pełnomocnictwa będzie się mógł przysłuchiwać obradom. Przewodnicząca zapomniała dodać, jak się wydaje, że będzie mógł z owym pisemnym pełnomocnictwem zasiąść pośród innych osób goszczących. Tych goszczących było trochę, ale i wciąż ktoś wchodził i wychodził. Nikogo nie interesowało kto jest kim. Teraz z kolei duch Kafki zdawał się unosić nad zebranymi. Ponieważ sprawa pełnomocnictwa, tym bardziej pisemnego, w ogóle nie wchodziła w grę, pozostała wersja z Łukaszenką w roli głównej. Przewodnicząca zwróciła się do delegatów czy ktoś chce zgłosić w tej sprawie jakieś wnioski. Dwoje delegatów zabrało głos, wypowiadając się jednoznacznie za pozostaniem przedstawiciela prasy na sali obrad. Więcej wniosków nie było, przystąpiono do głosowania. Wyniki: 60 głosów za prasą na sali, 1 głos przeciw. Sprawa została przesądzona, oklaski, uśmiechy, podziękowania…. I tu właściwie powinna zapaść kurtyna po szczęśliwym zakończeniu całej tej historii. Pozornie. Zdarzenie o wymowie teatrzyku kukiełkowego ujawniło niespodzianie coś, co budzi zdumienie. Mianowicie sposób rozumienia i stosowania prawa przez członków organów Spółdzielni. Ludzi, którzy podejmują decyzje o zarządzaniu wielomilionowym majątkiem Spółdzielni i w jakimś sensie mają lub mogą mieć wpływ na losy blisko 9 tysięcy członków. A wszystko to w oparciu o przepisy prawa. Warunkiem niezbędnym dla właściwego działania organów i bezpieczeństwa osób oraz majątku, jakim zarządzają, jest nie tylko umiejętność przeczytania kilku przepisów, ale ich zrozumienia i właściwego zastosowania. To, co się właśnie rozegrało przed chwilą wskazywało, że wobec takiego rozumienia i stosowania prawa, w niesprzyjających okolicznościach może dojść do katastrofy. Już samo bagatelizowanie ujawnionego problemu stanowić może poważną podstawę do przypuszczania, że osoby pełniące ważne i odpowiedzialne funkcje mają, co najmniej, znaczące trudności w zrozumieniu realiów, w jakich się poruszają. Ten pozornie mało znaczący incydent dotyczył – de facto – podstawowych praw i wolności rangi konstytucyjnej. Co gorsza, ani w stosunku do obecności w charakterze dziennikarza, ani w stosunku do obecności w charakterze reprezentanta współmałżonka, nikt nie potrafił podać żadnego konkretnego przepisu prawa, z którego wywodziłby, czy to obowiązek poddania pod głosowanie zezwolenia lub nie zezwolenia udziału prasy w obradach, czy to obowiązek wykazania się pisemnym upoważnieniem małżonki do jej reprezentowania w formie nastawiania uszu i wytrzeszczania oczu. W sprawie wykazania się pisemnym pełnomocnictwem, szczególnym orędownikiem bezwzględnego obowiązku był Sekretarz Prezydium, p. Dariusz Koszałko. Przy wsparciu zresztą wielu głosów z sali. Pojawił się też jeszcze jeden zarzut, że skoro się przychodzi jako dziennikarz, to najpierw należało uzyskać akredytację. Bez akredytacji dziennikarz nie powinien pozostać. Nawet, celem szczegółowego pouczenia, jak się zdaje, wskazana została właściwa instytucja i adres – Polskie Centrum Akredytacji, ul. Szczotkarska 42 na Bemowie. Już stąd wynikało, że pojęcie niektórych obecnych o roli, funkcjach i sposobie działania różnych instytucji są z gatunku czarnej magii. Pełnomocnik prawny Spółdzielni, p. Przemysław Szramowski stwierdził, że nie wie na jakiej podstawie prawnej doszło do głosowania w przedmiocie zezwolenia lub nie zezwolenia pozostania „mediów zewnętrznych” . Ale też i nikt go o to nie pytał, a jak ten wątek się rozgrywał, to nie było go na sali. A poza tym zostało przegłosowane, że prasa zostaje, więc nie ma żadnego problemu i nie ma co szukać sensacji. W kwestii udziału jako reprezentujący żonę, członka spółdzielni, by przysłuchiwać się obradom ZP niezbędne jest pełnomocnictwo. Z jakich przepisów to wynika, tego już nie wyjaśnił. Przewodnicząca Prezydium ZP, p. Barbara Różewska, na podobne pytania udzieliła wyjaśnień, iż sala obrad nie jest miejscem publicznym, a spółdzielnia jest korporacją i nie podlega przepisom prawa prasowego, nie było akredytacji oraz nie było zaproszenia dla mediów zewnętrznych i dlatego, wykonując wolę przedstawicieli, zobowiązana była do przeprowadzenia głosowania w tej materii. W kwestii wymaganego pełnomocnictwa, razem z p. Dariuszem Koszałko, Sekretarzem Prezydium, zdecydowanie podtrzymali stanowisko o obowiązku jego posiadania by przysłuchiwać się obradom. Tyle, jeśli chodzi o stan faktyczny i stanowisko Prezydium oraz pełnomocnika prawnego Spółdzielni. Artykuł prasowy spełnia przede wszystkim funkcję informacyjną, zatem z natury rzeczy musi być materiałem bardziej sygnalizacyjnym, niż analitycznym. Trudno byłoby więc odnieść się do tych dwóch zagadnień w takim zakresie, w jakim na to zasługują. Niemniej warto wskazać, przynajmniej w podstawowym zarysie, na jakich podstawach dziennikarz opierał negację wyżej zaprezentowanych stanowisk. Wolność prasy, wolność wypowiedzi, prawo do informacji. W miejsce własnych rozważań warto przytoczyć fragmenty uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego (V KKN 171/98), w którym, na tle konkretnej sprawy, odnosi się ono również do kwestii o charakterze ogólnym, a dla omawianych praw ma istotne znaczenie: „(…) Przepis art. 1 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. - Prawo prasowe (Dz. U. Nr 5, poz. 24 ze zm.) deklaruje zasadę wolności prasy, widząc w niej realizację prawa obywateli do rzetelnej, czyli prawdziwej, uczciwej, jasnej, nie wprowadzającej w błąd, odpowiedzialnej informacji. Wolność prasy jest pochodną wolności myśli, z której wynika wolność przekonań. Wolność prasy możliwa jest w pełnym zakresie tylko w razie rzeczywistego istnienia wolności: myśli, przekonań, wypowiedzi, słowa, informacji, publikacji. Właśnie w wolności prasy, wymienione pojęcia znajdują odbicie i ucieleśnienie. (…) W art. 14 Konstytucji RP z 1997 r. stwierdzono, iż: ,,Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu". Zamieszczenie tego przepisu w rozdziale I pt. ,,Rzeczpospolita" zdaje się wskazywać, że wolność prasy potraktowano jako jedną z podstawowych zasad ustroju politycznego państwa, ujmując ją jako jedną z idei przewodnich, na których oparta została konstrukcja prawno-ustrojowa państwa i jego aparatu. Bez wolności prasy nie może być mowy o pełnej realizacji wolności wypowiedzi (wolności wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji). Treść art. 14 nakłada na państwo obowiązek powstrzymywania się od ingerencji naruszających wolność prasy i innych środków społecznego przekazu. (…) Wolność pozyskiwania i rozpowszechniania informacji przysługuje każdemu, a więc także i dziennikarzowi. Z faktu, że pozyskiwanie i rozpowszechnianie informacji jest wolnością, zdaje się wynikać, że formułowane w ustawach zasady udzielania informacji dziennikarzom mają charakter tylko porządkujący, wskazując ograniczenia tej wolności w formie zakazów, nakazów oraz sankcji. W obecnym kształcie ani Prawo prasowe, ani tym bardziej Konstytucja RP, nie formułują żadnych ograniczeń wolności prasy (…) Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził także, że swoboda wypowiedzi jest jedną z podstaw demokratycznego społeczeństwa i chociaż prasa nie może przekroczyć ustalonych granic, to, m. in. w interesie dobrego imienia i praw innych osób, ciąży na niej obowiązek przekazywania informacji oraz idei będących przedmiotem zainteresowania opinii publicznej. Zadaniem dziennikarzy jest przekazywanie informacji, gdyż społeczeństwo ma prawo do ich otrzymywania. Pod ochroną art. 10 Konwencji pozostaje nie tylko treść idei i informacji, ale również forma, w jakiej jest ona przekazywana. (…)” Wolność prasy i prawo do informacji mają charakter nie tylko praw obywatela, również praw człowieka. Znalazło to wyraz w aktach prawnych o charakterze międzynarodowym. W art. 19 Międzynarodowego paktu Praw Obywatelskich i Politycznych z 16 grudnia 1966 r. zapisano: „(…) 1. Każdy człowiek ma prawo do posiadania bez przeszkód własnych poglądów. 2 Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pisemnie lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru. 3. Realizacja praw przewidzianych w ust. 2 niniejszego artykułu pociąga za sobą specjalne obowiązki i specjalną odpowiedzialność. Może ona w konsekwencji podlegać pewnym ograniczeniom, które są niezbędne w celu: a/ poszanowania praw i dobrego imienia innych, b/ ochrony bezpieczeństwa państwowego lub porządku publicznego albo zdrowia lub moralności publicznej.(…)” Na gruncie prawa polskiego również odnajdujemy możliwość ograniczenia korzystania z praw obywatelskich.
Takie ograniczenia przewiduje art. 31 ust. 3 Konstytucji, gdzie enumeratywnie wyliczone są przyczyny, dla jakich można ustanowić ich ograniczenie. Jednakże te ograniczenia nie są pozostawione do uznania jakimkolwiek organom władzy czy jakimkolwiek jednostkom organizacyjnym lub jakimkolwiek innym podmiotom. Mogą być ustanowione tylko w ustawie, tylko z przyczyn wymienionych w powołanym przepisie konstytucyjnym i tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Prawodawstwo polskie wprowadza nieco ograniczeń ustawowych i rzeczywiście wówczas, gdy jest to konieczne z uwagi na ochronę innych wartości konstytucyjnych, np. ochrona informacji niejawnej, tajemnica lekarska czy ochrona danych osobowych. W opisywanej sytuacji p. Barbara Różewska stwierdziła, że spółdzielnia mieszkaniowa nie podlega Prawu prasowemu. Otóż art. 4 Ustawy powiada: „Przedsiębiorcy i podmioty niezaliczone do sektora finansów publicznych oraz niedziałające w celu osiągnięcia zysku są obowiązane do udzielenia prasie informacji o swojej działalności, o ile na podstawie odrębnych przepisów informacja nie jest objęta tajemnicą lub nie narusza prawa do prywatności.” Trzeba tu w szczególności zwrócić uwagę na sformułowanie „niedziałające w celu osiągnięcia zysku”. Jest więc tu wprost określony cel powołania, zawiązania, ustanowienia każdego podmiotu na terenie RP, który spełnia warunek, o jakim mowa w tym przepisie. Odnosząc się do Ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych, w art. 1 ust. 1 czytamy: „Celem spółdzielni mieszkaniowej, zwanej dalej „spółdzielnią”, jest zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych i innych potrzeb członków oraz ich rodzin, przez dostarczanie członkom samodzielnych lokali mieszkalnych lub domów jednorodzinnych, a także lokali o innym przeznaczeniu.” Stąd nie jest prawdą, że spółdzielnie mieszkaniowe nie podlegają Prawu prasowemu. Niesie to za sobą konsekwencje stosowania pozostałych przepisów powołanej Ustawy i tak na przykład: art. 6 ust. 2 gdzie wprost mowa jest o organizacjach spółdzielczych: „Organy państwowe, przedsiębiorstwa państwowe i inne państwowe jednostki organizacyjne oraz organizacje spółdzielcze są obowiązane do udzielenia odpowiedzi na przekazaną im krytykę prasową bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w ciągu miesiąca.”, zaś w art. 11 ust. 1 zapisano: „Dziennikarz jest uprawniony do uzyskiwania informacji w zakresie, o którym mowa w art. 4.” Oznacza to, że spółdzielnia nie tylko ma obowiązek udzielania informacji o swojej działalności, ale też zaniechanie udzielenia takiej informacji może skutkować wystąpieniem redakcji na drogę sądową przeciw spółdzielni. Można się, oczywiście, spierać na tle rozumienia sformułowania „obowiązane do udzielania prasie informacji o swojej działalności”. Co do zakresu pozyskiwania i udzielania informacji sporu być nie powinno, bowiem przesądza o nim treść art. 4 Prawa prasowego. Chodzi tu raczej o formę pozyskiwania i udzielania informacji. Czy wstęp na obrady jest formą pozyskiwania i udzielania informacji czy też nie? Z pewnością jest. Czy zatem dziennikarz miałby prawo wstępu na obrady Zebrania Przedstawicieli? Tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Przewodnicząca stwierdziła, że jest to zebranie zamknięte. Nie jest to prawdą, bowiem stan faktyczny wyraźnie wskazywał, że na takie zebranie wejść mógł każdy, nawet osoba zupełnie spoza grona mieszkańców SMG i nikt by na to nie zwrócił uwagi. Ponadto całość obrad rejestrowana była przez spółdzielczą telewizję kablową i potem emitowana w tejże telewizji. Oznacza to, że dostęp do tych obrad, mógł mieć każdy, kto zechciałby się zapoznać z relacją. Wynika stąd, że jedyną cechą wyróżniającą była legitymacja prasowa i to na tej podstawie p. Barbara Różewska zarządziła głosowanie nad zezwoleniem pozostania „mediom zewnętrznym” na sali obrad. Co więcej, z całej tej sytuacji wynika, że gdyby ten sam dziennikarz schował legitymację i wszedł cichaczem, a potem wszystko sobie opisał, nikt nie miałby nic do powiedzenia. Gdyby to było rzeczywiście zebranie zamknięte, rzeczywiście ściśle reglamentowany dostęp do obecności w trakcie obrad, zapewne w jakiś sposób dałoby się tę sytuację uzasadnić. Jednakże w tej konkretnej sprawie postawa Prezydium jest dość niezrozumiała. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę tę specyficzną sytuację, gdy dziennikarz w istocie występował w potrójnej roli. A co by się stało, gdyby to członek spółdzielni wszedł na salę z legitymacją prasową? Czy również kazano by mu ją schować? Na jakiej podstawie? I któż zaręczy, że pośród osób, które nie były delegatami nie znajdował się jeszcze ktoś z prasy? Przecież nikt tam nikogo nie sprawdzał? Jakimi kryteriami zatem kierowała się p. Barbara Różewska? Trudno zgadnąć. Tym bardziej zastanawiają wyjaśnienia potem udzielone, szczególnie w części, że „Przewodnicząca wykonywała wolę zgromadzenia”. Zgromadzenie powitało dziennikarza, o czym na wstępie i powróciło do obrad bez domagania się czegokolwiek. Nikt nie zgłosił żadnego wniosku formalnego. To Przewodnicząca zainicjowała tę akcję i dopiero potem, na skutek wyraźnego wzywania przez nią samą do składania wniosków, wystąpiły z nimi dwie osoby. Zasłanianie się więc teraz „wolą zgromadzenia” ma posmak manipulacji. Jaki był cel tej manifestacji i dlaczego domagano się, dość natarczywie zresztą, ujawnienia osób, które dziennikarza zaprosiły? Czyżby to tu znajdował się klucz do odpowiedzi? O wewnętrznych konfliktach innym razem, ale wygląda na to, że to właśnie owe konflikty były główną i jedyną przyczyną tej groteski z głosowaniem. Pytania o to, kto zapraszał, przy tak wyraźnie zarysowanym wewnętrznym konflikcie, zdawały się zmierzać do ustalenia konkretnych nazwisk, gdyby istotnie wizyta prasy była spowodowana przekazaniem informacji o niedobrych stosunkach wewnątrz spółdzielni. Tyle tylko, że w takim przypadku dziennikarz jest związany tajemnicą i ma obowiązek chronić interesy działających w dobrej wierze informatorów i innych osób, które okazują mu zaufanie. Żadna z ustaw, ani Prawo spółdzielcze, ani Ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych takich sytuacji w ogóle nie przewidują. Nie ma tam żadnych tego rodzaju ograniczeń, jakie zastosowała p. Barbara Różewska. Prawo w tej materii milczy. Tym bardziej takich ograniczeń nie zawiera Statut SMG. Na jakiej podstawie prawnej Przewodnicząca w ogóle doprowadziła do głosowania nad tym, czy prasa może pozostać na zebraniu – faktycznie otwartym, należy podkreślić – tego nie umiał nikt wyjaśnić. Czy ono w ogóle było dopuszczalne i do tego przeprowadzane tak ad hoc? Przecież tych 60 osób reprezentowało około 9 tys. członków spółdzielni. Czy ktoś się zastanowił, że właśnie podejmuje decyzję w imieniu tej społeczności i – teoretycznie - może nastąpić – sytuacja, że prasie zamknie się drzwi przed nosem, bez żadnego uzasadnienia i bez konsultacji z tą właśnie społecznością? Oznacza to, że całe zgromadzenie godziło się, de facto, z możliwością pozbawienia wielu tysięcy osób dostępu do informacji. Informacji z innego punktu widzenia, niż pokazałaby to beznamiętna relacja telewizyjna. Nie ma żadnego znaczenia, jak w istocie to głosowanie się zakończyło. Chodzi o sam fakt, że w ogóle dopuszczono do takiej sytuacji w tym konkretnym stanie faktycznym. Nie ma też większego znaczenia, czy ktoś z głosujących znał prawo prasowe czy nie. Znać przepisy muszą ci, którzy je chcą stosować. Przewodnicząca nie miała żadnego powodu, ani prawnego, ani tym bardziej logicznego, by forsować – tak, właśnie forsować - jakieś swoje zamysły. Pełnomocnik prawny wyraził się, o czym wyżej, że nie ma problemu, bo przegłosowali na tak, więc nie ma co poszukiwać sensacji. Sensację wywołała p. Barbara Różewska w imię sobie tylko znanych powodów. Usiłując ją przy tym przyodziać w tzw. demokrację i tzw. praworządność. W tym konkretnym stanie faktycznym można zaryzykować postawienie tezy, że całe te jasełka wywołane zostały tylko po to, by wywrzeć nacisk na dziennikarza i dowiedzieć się – pod pozorem wykonywania woli zgromadzonych – kto miał coś wspólnego z tą wizytą. Motywem mogła też być chęć dania nauczki tym, którzy mogli mieć coś wspólnego z wizytą prasy. Taki pokaz, kto tu rządzi. Jak sobie Prezydium wyobraża realizację obowiązków dziennikarza, wynikających z art. 12 ust. 1 pkt 1 Pr. pr. – „Dziennikarz jest obowiązany zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło,”? Oczywiście, można było sobie spokojnie poczekać na relację w telewizji kablowej. Wygodnie i przy kawie posłuchać od niechcenia, co też tam sobie ludziska opowiadają i o co się spierają. Tylko czy to byłoby to samo, co bezpośredni udział w takim zebraniu? Z możliwością bezpośrednich rozmów z wieloma osobami w jednym miejscu? Czy ta prawda ekranu byłaby wystarczająca? Pozorowanie demokracji jest gorsze od braku demokracji w ogóle,
bowiem przy jej braku wiadomo przynajmniej czego się trzymać. Prof. Tatarkiewicz (Traktat o dobrej robocie) wielokrotnie wskazywał, że tworzenie demokracji najtrudniejsze jest w sferze przemian mentalności ludzkiej. Ta mentalność – jak powiadał - wykształcała się już od czasów złotej wolności szlacheckiej, poprzez zabory, okupację i ostatnie powojenne półwiecze. Stworzenie rzeczywistego systemu silnej demokracji, ale nie demokracji infantylnej, gdzie każdy osioł ryczy na swoją nutę, wymaga ogromnego wysiłku. Wysiłku przede wszystkim w zakresie uświadamiania ludziom, że każde stanowisko i każda funkcja, które dają choć okruch władzy, są służebne wobec społeczeństwa i nigdy nie powinny stać się instrumentem dla osiągania celów niejasnych, nieprzejrzystych, wieloznacznych. W prawie cywilnym obowiązuje zasada: „dozwolone jest wszystko to, co nie jest zakazane”. Jeżeli więc nie ma i nie było żadnego zakazu określonych zachowań, to po co tworzy się sztuczne bariery? Zwłaszcza tam, gdzie nie ma to najmniejszego sensu? Instytucja małżeństwa, prawa, reprezentacja Drugą, nazwijmy to umownie „podstawą prawną”, umożliwiającą słuchanie i patrzenie w zastępstwie współmałżonka, członka spółdzielni – jak to wskazywał główny orędownik tego pomysłu, Sekretarz Prezydium, p. Dariusz Koszałko – była kwestia posiadania pisemnego pełnomocnictwa do wykonywania wymienionych czynności. Z jakich przepisów to wynikało, podobnie jak w przypadku powyżej opisanym o „mediach zewnętrznych”, nikt nie potrafił wykazać. W ustawie Prawo spółdzielcze oraz w Ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych znajdują się śladowe przepisy o możliwości reprezentacji członka spółdzielni w wykonywaniu określonych czynności prawnych. Na przykład w art. 36 § 2a Prawa spółdzielczego czytamy: „Członek ma prawo korzystania na własny koszt z pomocy prawnej lub pomocy eksperta. Osoby, z których pomocy korzysta członek, nie są uprawnione do zabierania głosu.” Ponieważ ta materia nie jest regulowana w ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych, stąd – na podstawie art. 1 ust. 7 Ustawy – mają do niej zastosowanie przepisy Prawa spółdzielczego. W żadnym z powołanych aktów prawnych nie ma wzmianki na temat formy przedstawicielstwa, reprezentowania, pełnomocnictwa, jak również formy korzystania z pomocy prawnej lub eksperckiej. Przepisy ustaw – Prawo spółdzielcze i Ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych – są konkretyzowane i uszczegóławiane w przepisach statutów. Ponieważ jednak statut spółdzielni nie jest aktem prawnym w rozumieniu art. 87 Konstytucji, stąd też nie może ustanawiać nowych instrumentów prawnych, innych niż w ustawach. Zwłaszcza takich, które rodziłyby skutki cywilnoprawne, szczególnie z zakresu prawa materialnego. „(…) Jeżeli statut takowe stanowi, to na podstawie art. 5 w zw. z art. 58 § 1 i 2 K.c. – jego zapisy są nieważne. Natomiast uprawnienie przyznane członkowi ustawą nie może być wyłączone ani ograniczone przez statut spółdzielni.” - orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z dnia 20 kwietnia 2005 r. (K 42/02). Statut ma w istocie charakter umowy cywilnoprawnej, a więc mają do niego zastosowanie przepisy Kodeksu cywilnego. Dlatego też przede wszystkim tam właśnie należy poszukiwać odpowiedzi, w jakiej formie musi być umocowana osoba do reprezentowania małżonka, członka spółdzielni w wykonywaniu za nią czynności. Pomijając już kwestie niuansów odnośnie różnych rodzajów pełnomocnictw – ogólne, rodzajowe, prokura, itp. – należy wprost odnieść się do przepisów Kodeksu cywilnego o przedstawicielstwie. W art. 95 § 1 KC czytamy: „Z zastrzeżeniem wyjątków w ustawie przewidzianych albo wynikających z właściwości czynności prawnej, można dokonać czynności prawnej przez przedstawiciela.” Z kolei w art. 96 KC czytamy: „Umocowanie do działania w cudzym imieniu może opierać się na ustawie (przedstawicielstwo ustawowe) albo na oświadczeniu reprezentowanego (pełnomocnictwo).” W § 120 ust. 5 Statutu SM „Górczewska” czytamy: „ Członkowie Spółdzielni mogą być obecni bez prawa zabierania głosu na Zebraniu Przedstawicieli, z wyłączeniem rozpatrywania spraw objętych ochroną danych osobowych.” A skoro członek spółdzielni może być reprezentowany przez swojego przedstawiciela, to jest oczywiste, że ów przedstawiciel może być, w zastępstwie członka spółdzielni, obecny na Zebraniu Przedstawicieli. Zdawać by się mogło, że rację ma p. Dariusz Koszałko wraz z pozostałymi osobami, które zdecydowanie domagały się pisemnego pełnomocnictwa do reprezentowania małżonki, członka spółdzielni. Pozornie. Jak przysłowie powiada, diabeł tkwi w szczegółach, w tym wypadku w treści przepisów. Powołane wcześniej przepisy KC, jak i dalsze, dotyczące przedstawicielstwa, mają wspólną cechę – umocowanie do dokonania w cudzym imieniu czynności prawnych. Pytanie podstawowe: czy wejście na obrady ZP w celu słuchania i patrzenia, bez prawa głosu, jest czynnością prawną? Czy z faktu wejścia na salę obrad wynikają, bądź mogą wynikać jakiekolwiek skutki prawne dla kogokolwiek? Orędownicy stanowiska o konieczności posiadania pisemnego pełnomocnictwa do obecności w trakcie obrad ZP zdają się mieć trudności w rozróżnianiu pojęć. Czym innym jest czynność prawna wywołująca skutki prawne, a czym innym jest wykonywanie uprawnień. Skąd zatem pomysł, że do takiego wejścia i słuchania wymagane jest posiadanie pisemnego pełnomocnictwa członka spółdzielni, współmałżonka? Jak już wyżej wspomniano, artykuł prasowy ma swoje prawa i nie ma potrzeby znęcać się nad pomysłodawcami tych rzekomych wymogów o pełnomocnictwach, w szczególności, gdy dotyczy to małżonków. Już w Konstytucji odnajdujemy artykulację istoty instytucji małżeństwa jako wartości gwarantowanej i chronionej przez RP. Sam fakt zamieszczenia art. 18 Konstytucji w Rozdziale I, zatytułowanym „Rzeczpospolita”, wskazuje wyraźnie, jaką wagę przykłada się do instytucji małżeństwa, skoro przepisy o niej znajdują się pośród przepisów ustrojowych Państwa. Oczywiście, sposób funkcjonowania, prawa i obowiązki małżonków nie mogą być szczegółowo opisywane na poziomie ustawy zasadniczej
Tę
materię regulują ustawy zwykłe z zachowaniem, rzecz jasna, istoty wartości
podniesionej do rangi konstytucyjnej. By sprawę przesądzić raz a dobrze i
jednoznacznie, warto tu przywołać choćby jeden z przepisów Kodeksu rodzinnego i
opiekuńczego, dotyczącego instytucji małżeństwa. Otóż w art. 23 Kodeksu czytamy: „Małżonkowie mają równe prawa i obowiązki w małżeństwie. Są obowiązani
do wspólnego pożycia, do wzajemnej pomocy i wierności oraz do współdziałania
dla dobra rodziny, którą przez swój związek założyli.” Już takie
sformułowanie w zupełności wystarcza, by przyjąć, iż mąż zastępujący żonę na
zebraniu – bez prawa głosu – ma umocowanie wynikające z instytucji małżeństwa. Gdyby jednak w czyimś przekonaniu nadal gościły
wątpliwości, to można tu przywołać kolejny przepis, który jednoznacznie
przesądza o takim umocowaniu, w szczególności w tej konkretnej sytuacji: Art.
29 Kodeksu: „W razie przemijającej przeszkody, która dotyczy jednego z małżonków
pozostających we wspólnym pożyciu, drugi małżonek może za niego działać w
sprawach zwykłego zarządu, w szczególności może bez pełnomocnictwa pobierać
przypadające należności, chyba że sprzeciwia się temu małżonek, którego
przeszkoda dotyczy. Względem osób trzecich sprzeciw jest skuteczny, jeżeli był
im wiadomy.” Oczywiście, są to – w odniesieniu do obu opisanych sytuacji
– jedynie sygnalizacje przepisów prawnych w związku z konkretnym stanem
faktycznym. Ten stan faktyczny zdaje się zupełnie być pomijany przez osoby
sprawujące funkcje w organach SM „Górczewska”. Wydawać się może, iż stosowane
są pojedyncze przepisy w zupełnym oderwaniu od stanu, do którego mogą one mieć
zastosowanie i w sposób odizolowany od całego systemu prawa. Coś jak gdyby wyrywanie zdań z kontekstu dzięki czemu sens
całej wypowiedzi przyjmuje całkiem inną wymowę, niż autor zamierzał. Tu, przy
tak stosowanym prawie, osiąga się często skutki sprzeczne z zamierzeniami
ustawodawcy. Cel, jaki przyświecał dziennikarzowi w związku z wyprawą na ZP, nie został jednak zaprzepaszczony poprzez tak niespodziewany obrót sytuacji. Przeciwnie, dało się tu zidentyfikować prawdopodobnie jeden z ważniejszych punktów zapalnych, który doprowadzał i nadal doprowadza do konfliktów i nieporozumień. Sposób rozumienia i stosowania prawa. Opisana sytuacja pokazuje, że osoby pełniące funkcje w organach Spółdzielni kierują się bardziej swoimi przekonaniami, niż rzeczywiście przepisami prawa. Co gorsza, to do swoich przekonań próbują dopasować przepisy, które mają uzasadniać podejmowane działania. Nie jest to konkluzja optymistyczna. Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że w opisanych zdarzeniach brało udział znacznie więcej osób odpowiedzialnych za znajomość i umiejętność stosowania prawa. Na sali było obecnych wielu byłych członków organów Spółdzielni, obecni byli członkowie Zarządu aktualnego, również i pełniący obowiązki Prezesa, a jednocześnie kandydat w planowanym konkursie na Prezesa, Józef Bech. Byli obecni członkowie Komisji Statutowej. Była też w końcu obecna profesjonalna obsługa prawna. Nikt z obecnych nie zaprotestował przeciwko takim dziwacznym zapędom Prezydium. Przeciwnie, dochodziły głosy spośród zgromadzonych aprobujące taki sposób działania. Wszyscy też wzięli udział w głosowaniu w przedmiocie zezwolenia pozostania na sali „mediów zewnętrznych”. Nikt, jak się wydaje, nie zastanowił się choćby przez chwilę, czy to wszystko ma podstawy prawne, a przede wszystkim czy ta groteska w ogóle ma sens i do czego w istocie zmierza. Ot, chciałoby się rzec, owczym pędem za przewodnikiem. Tak zachowują się, na przykład, lemingi stadnie rzucające się w przepaść. Na tle takiego rozumienia i stosowania prawa, spory wewnętrzne – prawne, a jakże – potrafią doprowadzić do spontanicznej wesołości osoby patrzące z zewnątrz. Nie jest jednak zbyt wesołe to, że w ten sposób zarządza się Spółdzielnią, majątkiem, losami tysięcy ludzi. Zawierane umowy są, jakżeby inaczej, konstruowane w oparciu o przepisy prawa. Cóż stąd, że w prawie cywilnym istnieje zasada swobody zawierania umów, co daje możliwość ich konstruowania zgodnie z interesem strony – Spółdzielni? Jeżeli te konstrukcje będą się opierać wyłącznie na „chciejstwie”, to każdy sprytniejszy kontrahent wyssie ze Spółdzielni ostatnią kroplę krwi. Poprzez znajomość niuansów i sztuczek prawnych. Podobnie ma się sprawa z konstruowaniem Statutu. Wydaje się, że i tu pobrzmiewa ton „prawotwórstwa i chciejstwa.” Ten aspekt jednak pozostawmy na inny czas. Jeszcze jedno pytanie: Czy całą tę historię można było przedstawić i rozstrzygnąć znacznie krócej i sprawniej? Oczywiście, że tak. Ale i w tym aspekcie pojawił się kolejny problem, który, najprawdopodobniej, doprowadza do wewnętrznych iskrzeń. Niechęć słuchania, kto ma coś do powiedzenia. Wydaje się, że podstawową zasadą w SM „Górczewska” jest słuchanie samego siebie. Słuchanie głosu innych osób, zwłaszcza tych, które nie pełnią żadnych funkcji i nie mają żadnego wpływu na jakość podejmowanych decyzji, jest zjawiskiem wyjątkowym i mało popularnym. Jest też
jeszcze jedna podstawowa zasada, wynikająca z prawa cywilnego, a mianowicie
art. 5 KC: „Nie można czynić ze swojego
prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem
tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie
uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony.” Byłoby dobrze, by o tej zasadzie pamiętali – obecni, byli i przyszli - członkowie organów SM „Górczewska”. Witold
Filipowicz Warszawa,
grudzień 2008 r.
mifin@wp.pl
----- Original Message -----
From: Witold Filipowicz
Sent: Friday, December 05, 2008 9:11
PM
Subject: Tekst do
wykorzystania Pozdrawiam
WF ![]() Artykuły i fotografie z tego blogu są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Bez utworów zależnych 2.0 Germany. Gość: Tygrys, 86-80-n1.aster.pl 2008/12/06 10:21:31 Zgadzając się zasadniczo z poglądem autora co do prawa przysłuchiwania się obradom przedstawicielowi prasy pozwalam sobie wyrazić zastrzeżenia do całości art. mącącego "Kowalskiemu" w głowie. Zebranie Przedstawicieli (istnieją watpliwości prawne czy miało prawo byc zwołane ze względu na ostatnia nowelizację ustawy osm) jest najwyższym organem spoldzielni ale działającym na ogoł raz w roku przez 1 dzień i nie sprawuje władzu "na codzień". Przewodniczący Zebrania prowadzi tylko obrady i nie ma innej władzy. W realiach dość przypadkowego przedastawicielstwa na ZP zebrani wykazują się na ogół ograniczonymi kwalifikacjami i to jest powszechny mankament o który nie można winić "Nowaka" który został wybrany do reprezentowania swojej Grupy Członkowskiej - takie są realia. Podczas obrad Zarząd ma ograniczoną rolę podobnie jak Rada Nadzorcza. W sumie autor art. sugeruje, że Prezydium ZP rządzi na codzień, spółdzielnią co jest oczywistym nonsensem. Radził bym więcej powściągliwoścci w ferowaniu osądów i zapoznania się przed publikacją art. z Ustawą osm oraz porozmawiania z kimś z doświadczonych samorządowców spółdzielni z podziałem komopetencji i sposobem funkcjonowania spółdzielni mieszkaniowych, Pozostaje z wyrazami szacunku, Ryszard Pikuła
niedziela, 28 września 2008
Rzeczypospolita Orwella?
W dniu 8
października 2008 r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie, w Sali 545 o godzinie 14.15
odbędzie się ponowna rozprawa przeciwko Skarbowi Państwa – Urzędowi Patentowemu
Rzeczypospolitej Polskiej o przywrócenie do pracy i zasądzenie wynagrodzenia za
czas pozostawania bez pracy – Sygn. akt XII Pa 294/08.
Pozew wniósł w styczniu 2005 roku dyrektor Biura Urzędu, który po wygranym konkursie objął stanowisko, ale po upływie 3 miesięcy odmówiono mu – bez żadnych podstaw i wbrew poprzednim zobowiązaniom kierownictwa – podpisania umowy na czas nieokreślony. Sąd Rejonowy w Warszawie – sygn. akt VII P 464/06 - orzekł o celowym zmierzaniu przez pozwanego do ominięcia przepisów prawa oraz naruszeniu zasad współżycia społecznego. Sąd Okręgowy w Warszawie – w 2007 roku, sygn. akt XII Pa 397/06 – zmienił całkowicie wyrok Sądu Rejonowego, oddalając powództwo w całości. Za podstawę orzekania przyjął przepisy, które w żadnym razie nie mogły mieć zastosowania w tej sprawie. Uzasadnienie zaś tego wyroku było rażąco sprzeczne ze stanem faktycznym, który wynikał z akt sprawy oraz z ustaleń poczynionych przez Sąd Rejonowy. Ten skandaliczny wyrok został uchylony wyrokiem Sądu Najwyższego w lutym 2008 r. – sygn. akt II PK 256/07 - i sprawa powróciła do ponownego rozpoznania w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Z całej dokumentacji i ustaleń tego wieloletniego sporu wynika jednoznacznie, że określenie kumoterstwa czy nepotyzmu w zakresie obsadzania wyższych stanowisk w administracji rządowej byłoby tu czystym eufemizmem. Wielość faktów wynikających z dokumentacji, nie tylko samych akt sprawy, rysuje mroczny obraz Rzeczypospolitej, traktowanej przez wysokich urzędników administracji publicznej, jak prywatne państwo swojaków. Wątki kryminalne, jakie zaczęły pojawiać się w trakcie postępowań, w tym znikające dokumenty urzędowe, zarówno z samych urzędów, jak i z akt sprawy, bezprawne uniemożliwianie uzyskania istotnych dla sprawy informacji, przekraczanie uprawnień i niedopełnianie obowiązków na szkodę interesu publicznego, a w końcu i możliwe dokonanie fałszerstwa dokumentów urzędowych oraz pomijanie przez Sąd – bezpodstawne – przedstawianych na tę okoliczność dowodów w sprawie, dopełniają obrazu Orwellowskiego świata i krainy absurdu. W związku z poprzednim, skandalicznym wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie, w maju tego roku wniesiona została – na skład orzekający wówczas – skarga do Ministra Sprawiedliwości, a we wrześniu również do Krajowej Rady Sądownictwa o oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa. Jak potoczy się obecnie proces w tym samym Sądzie i w tym samym Wydziale, będzie można zaobserwować 8 października 2008 r. Warszawa, 27 września 2008 r. ----- Original Message -----
From:
Witold
Filipowicz
Sent: Sunday, September 28, 2008 9:49 AM
Subject: Sad sadzi, ze sadzi...
piątek, 07 marca 2008
Paragrafy, kaptury i mysie dziury
Autorytet państwa ma się angażować w ochronę dóbr osobistych na gruncie prawa karnego. Tak orzekł niedawno Trybunał Konstytucyjny, utrzymując w mocy art. 212 kodeksu karnego. Chyba nie przewidział wówczas, że przepis ów może stać się źródłem kpiny z tego autorytetu. W 2004 roku opublikowany został tekst „Paragrafy i kaptury”, w którym opisano procedury stosowania konkurencyjnych sposobów zatrudniania i obsadzania wyższych stanowisk w służbie cywilnej. Jednym z opisanych urzędów był Główny Inspektorat Transportu Drogowego. Wraz z nim, wiążąc się poprzez personalia, opisany tez został Urząd Służby Cywilnej. W pół roku po ukazaniu się artykułu, jeden z wielu występujących w tekście urzędników wniósł do sądu karnego przeciw autorowi akt oskarżenia. Prywatny akt oskarżenia, mimo że opisywane procedury administracyjne, jeśli miałyby zostać uznane za zniesławiające, to powinny skutkować doniesieniem do prokuratury. Byłoby to bowiem pomawianie i zniesławianie instytucji państwowych, a nie osób prywatnych. Tymczasem ani ówczesny dyrektor generalny, Wiesław Starostka, ani Główny Inspektor TD, Seweryn Kaczmarek, w sprawie naboru do pracy w urzędzie, ani Szef Służby Cywilnej, Jan Pastwa, w sprawie konkursu, o czym też było w artykule, nie zrobili nic w tej materii. A wiedzę o materiale prasowym mieli znacznie wcześniej. Zwłaszcza Szef Służby Cywilnej, który ów tekst dostał przed jego publikacją do rąk własnych, 16 kwietnia 2004 roku, w czasie sympozjum wokół Raportu „Służba cywilna III RP - zapomniany obszar”, napisanego na zlecenie Fundacji Batorego dla Programu Przeciw Korupcji. Jedynie Alicja Jerka., jedna z bohaterek artykułu, wystąpiła, na podstawie art. 212 KK, z prywatnym aktem oskarżenia we wrześniu 2004 roku. Nie jako urzędnik, nie jako funkcjonariusz publiczny, ale jako osoba prywatna. Przez ponad 3 lata nie doszło do rozprawy głównej i merytorycznego rozpoznawania sprawy. Za to odbyły się w tym czasie…3 posiedzenia pojednawcze. Osobliwość. Alicja Jerka najpierw domagała się przeprosin i ukarania sprawcy zbrodni publicystycznej, potem, na kolejnych 2 posiedzeniach pojednawczych już tylko przeprosin. Żadna ze spraw nie zakończyła się ani ugodą, ani przeprosinami. Przeciwnie, autor tekstu dążył do rozpoznawania oskarżenia na rozprawie głównej, by udowodnić, że to, co zostało napisane jest nie tylko prawdą, ale też jedynie okruchami tej prawdy,. Odpryskiem rzeczywistości, jaka się wówczas rozgrywała. Publicystyka, zwłaszcza faktograficzna, a może właśnie przede wszystkim faktograficzna ma swoje prawa. Nie powinno się tam znajdować stwierdzeń i szczegółów, które nie mogą być poparte dowodami. Również, gdy nie mogą być potwierdzone z innych źródeł. Zatem i w tym wypadku szeroka wiedza o faktach w dużej części w ogóle się nie pojawiła w artykule. Za to przed sądem, gdzie strony zeznają pod przysięgą mówienia prawdy, wiele pytań można było i należało zadać, by uzyskać potwierdzenie u źródła. Kiedy więc 18 lutego 2008 roku autor stawił się na rozprawę główną – sygn. akt III K 836/07 - miał już przygotowany obszerny zestaw pytań do oskarżającej Alicji Jerki. Cała rozprawa trwała…5 minut. Oskarżyciel, Alicja Jerka
w ogóle na rozprawie się nie pojawiła. Z jakiego powodu, nie wiadomo. Sąd też nie wiedział, dlaczego prawidłowo powiadomiony oskarżyciel bez usprawiedliwienia nie stawia się na rozprawę. Stąd, na podstawie przepisów KPK uznał sprawę za zamkniętą przyjmując, że nieusprawiedliwione niestawienie się oskarżyciela prywatnego jest równoznaczne z wycofaniem oskarżenia. Przez blisko 4 lata wymiar sprawiedliwości, a tym samym i autorytet państwa zaangażowane były przez osobę prywatną w sprawę o rzekome naruszenie jej dóbr osobistych. A gdy doszło wreszcie do decydującego starcia przed obliczem sądu, osoba oskarżająca po prostu umknęła w mysią dziurę. Czy wymiar sprawiedliwości ma służyć za narzędzie do zabawy w kotka i myszkę tylko dlatego, bo jakiemuś obrażonemu – rzekomo – urzędnikowi zechce się używać art. 212 KK do prób zastraszania autorów publikacji? Czy w tej sytuacji, jak i możliwych wielu podobnych, sądy mają zajmować się sprawami i osobami, które próbują względnie tanim kosztem i bez żadnego dowodzenia załatwiać swoje własne interesy? Ochrona dóbr osobistych na gruncie kodeksu cywilnego – art. 23 i 24 – wymaga dowodzenia tego, z czego wywodzi się skutki prawne. Tu ów obrażony urzędnik musiałby przedstawić dokumentację postępowań, a tę urzędnicy zniszczyli dużo wcześniej. Zresztą, wbrew pozorom, akurat w przypadku tego artykułu też musiałby urzędnik udowodnić prawidłowość przeprowadzonych procedur administracyjnych. Mimo prywatnego aktu oskarżenia sprawy dotyczyły prawidłowości działania instytucji państwowych i udziału w postępowaniach. A tę prawidłowość urzędnik państwowy musi umieć udowodnić na każdym etapie i w każdym czasie. Obie strony, mimo wszystko, coś tam dla siebie uzyskały. Alicja Jerka wywołała tym prywatnym aktem oskarżenia, podobne swojej, reakcje kilkunastu serwisów gazet internetowych, mieniących się być prasą niezależną. Z zadziwiającą sprawnością usuwały sporny artykuł ze swoich stron internetowych. Autor zaś uzyskał wiedzę, z jakimi faktycznie „niezależnymi i służącymi społeczeństwu” mediami miał dotąd wątpliwą, jak się okazuje, przyjemność współpracować. Czy ucieczka od rzeczywistości stanie się synonimem ucieczki od odpowiedzialności? Pewnie tak, jak już niejednokrotnie mieliśmy okazję się przekonać. Alicji Jerki nie ma już na stanowisku dyrektora w GITD. Nie ma też już Wiesława Starostki na stanowisku dyrektora generalnego. Zmienił się Główny Inspektor Transportu Drogowego i zmienił też zaraz jeszcze jednego dyrektora, który odegrał w tej historii niepoślednią rolę. Tym razem departamentu prawnego. A najciekawsze jest to, że w opisywanym wówczas naborze wybrana, spośród blisko 90 ofert, jako najlepsza na stanowisko referendarza Lucyna Gać, z wykształcenia pedagog bez żadnego doświadczenia urzędniczego, zastąpiła na stanowisku p.o. dyrektora właśnie Alicję Jerkę. Po zmianie na stanowisku Głównego Inspektora TD, szybko pożegnała się jednak ze stanowiskiem i urzędem. Trafiła za to do Urzędu Transportu Kolejowego. Tu z kolei, za łaskawym skinieniem obecnego dyrektora generalnego, Lidii Ostrowskiej, również bohaterki paru tekstów, pani pedagog ponownie została dyrektorem w centralnym urzędzie administracji rządowej. Nad Lidią Ostrowską też zbiera się coraz więcej chmur, jak i nad kilkoma innymi, wysokimi urzędnikami UTK – jak wskazują źródła zbliżone do tego obszaru - w związku z, m.in., ciekawymi historiami z przetargami w kolejnictwie, pozwoleniami i dość interesującymi zachowaniami niektórych podmiotów, które są związane z kolejnictwem. Wróci też pewnie sprawa – z 2003 roku - nielegalnego zatrudniania przez Lidię Ostrowską do korpusu służby cywilnej z pominięciem obowiązujących procedur, jak i „legalizowania” tych zatrudnień a potem przeprowadzania konkursów, w którym ów „zalegalizowany był, oczywiście, najlepszy. W tym z kolei brał udział zastępujący dyrektora generalnego w UTK – Ryszard Nowicki. Obecnie dyrektor jednego z departamentów - Zezwoleń Technicznych i Interoperacyjności – po powrocie Lidii Ostrowskiej na stanowisko dyrektora generalnego w UTK. Szerzej o tej historii w artykule „My czyści, my przejrzyści” z maja 2006 r. Planowana przez Ministerstwo Infrastruktury kontrola UTK, być może nie będzie fikcją, jak szereg innych, podobnych kontroli. Być może więc, obok wyjaśniania kulis kolejowych ciekawostek, wróci przegląd polityki personalnej byłej i ponownej dyrektor generalnej, Lidii Ostrowskiej. W tym i zwolnień pracowników, zwłaszcza w kontekście motywów tych zwolnień. Żyjemy wszak w państwie prawa, czyż nie? Warszawa, marzec 2008 r. ----- Original Message ----- From: Witold Filipowicz Sent: Friday, March 07, 2008 3:12 PM Subject: Tekst o państwie prawa itp... (...) Przez blisko 4 lata wymiar sprawiedliwości, a tym samym i autorytet państwa zaangażowane były przez osobę prywatną w sprawę o rzekome naruszenie jej dóbr osobistych. A gdy doszło wreszcie do decydującego starcia przed obliczem sądu, osoba oskarżająca po prostu umknęła w mysią dziurę. Czy wymiar sprawiedliwości ma służyć za narzędzie do zabawy w kotka i myszkę tylko dlatego, bo jakiemuś obrażonemu – rzekomo – urzędnikowi zechce się używać art. 212 KK do prób zastraszania autorów publikacji?(...)" Witold Filipowicz Warszawa
środa, 23 stycznia 2008
W Polsce show i puste deklaracje przedwyborcze, których nikt nie zamierza dotrzymywać
Hamulec, poślizg, wsteczny Społeczeństwo wiele potrafi wybaczyć, wiele zrozumieć, nawet piramidalną nieudolność czy skandal obyczajowy. Jednego nie wybacza – wyborczego show i pustych deklaracji, których nikt nie zamierza dotrzymywać. W niedawnych wyborczych zmaganiach ówczesna opozycja, dzisiejsza koalicja, przekonywała społeczeństwo o gotowych planach doprowadzenia kraju do – jak to określano – normalności. Przez dwa lata gotowała się do przejęcia władzy, szykowała pakiety ustaw, nakreślała plany działania. Gabinet cieni miał już gotowy garnitur szefów resortów, merytorycznie przygotowanych do przejęcia steru rządów. Minęło niespełna trzy miesiące i wygląda na to, że co stało w miejscu, nadal tam stoi, plany, jeśli są, to nadzwyczaj tajne, zapowiedzi wielu posunięć gdzieś w tych tygodniach zdały się ginać. Za to inne, niezapowiedziane, pojawiają się tydzień po tygodniu. Pierwszym zgrzytem było wycofanie się premiera Tuska z podpisania Karty Praw Podstawowych, choć deklaracje przedwyborcze były jasne – Karta będzie podpisana. Z jakiego powodu rząd się wycofał, właściwie nie wiadomo. Tym bardziej, że przepisy spornej Karty znajdują się w dużej części rozrzucone w innych aktach prawnych, które i tak narzucają obowiązek ich stosowania. Po co więc było łamać przyrzeczenia, jakoś nikt racjonalnie tego nie uzasadnia. Służba zdrowia – no, tu to już się dzieje a dzieje. Zapowiedzi uzdrowienia chorego systemu trafiły do kosza zaraz po wyborach. Próba przesunięcia finansów, przeznaczonych na aktywizację bezrobotnych, była pomysłem równie chorym jak cała służba zdrowia. A dalej to już tylko gorzej. Zapowiedzi rządu w mediach o stabilizowaniu się sytuacji i całkiem przeciwne doniesienia reprezentantów środowiska. Negocjacje z lekarzami, bez pielęgniarek, potem z pielęgniarkami, bez lekarzy, wprowadzały – i nadal wprowadzają – zamęt i niepokoje. Sprzeczne informacje, niespójne zapowiedzi, efekty w zasadzie żadne, najwyżej w skutkach przypominające gaszenie wybuchających wciąż pożarów. Pojedyncze pląsy to ministra, to doradcy, to kolejnych reprezentacji związków. Wielosłowie i żadnej konkretnej ścieżki rozwiązań. Jeszcze z tym się nie uporano, a już odzywają się kolejne grupy pracowników ochrony zdrowia. Jakoś o nich w ogóle zapomniano w całym tym negocjacyjnym bałaganie. Rząd sprawia wrażenie, że natknął się na nieznany sobie problem i nie ma zielonego pojęcia, jak go rozwiązać. Coś innego słychać było w trakcie kampanii wyborczej, nie mówiąc o okresie opozycji. CBA – przez wiele tygodni, dzień po dniu słychać było o tej strukturze oceny wybitnie niepochlebne, stawianie zarzutów, lekką ręką sugerowanie przestępczych wręcz posunięć Biura, łamanie prawa i w ogóle samo zło pod sztandarem Mariusza Kamińskiego. Z biegiem czasu jakoś się to wszystko zaczęło zamazywać, poprzednie zapowiedzi zaczęły zmieniać swoją wymowę i przybierać niemal wyraz insynuacji, niemającej żadnego umocowania w faktach. Wycofywanie się premiera rakiem, podobnie jak w innych sprawach, wygląda żenująco. Zwłaszcza wobec doniesień medialnych, a może to były przecieki, że ABW jednak coś tam wykryła niepokojącego. Co, tego nie wie nikt. Gospodarka – pod przewodem sprawnego, dwukrotnego premiera, a teraz ministra gospodarki, jak dotąd też nic olśniewającego nie pokazała. Górnicze strajki nie robią na rządzie żadnego wrażenia. Niby racja, nie sprawa to rządu, który nie jest właścicielem kopalń. Podobnie jak szpitali. Ale tam jakoś się musiał zaangażować. Chodzi o skalę niepokojów? No, to można oczekiwać, że przy takim strusim zachowaniu w tej dziedzinie wkrótce rząd również zostanie zaproszony do wspólnych dyskusji. Tylko czy warto czekać, aż sprawa stanie na ostrzu noża? Państwo sprawne, uczciwe, przejrzyste – najpierw były lamenty i głośny sprzeciw w obliczu likwidowanej służby cywilnej, potem szumne, buńczuczne wręcz zapowiedzi o jej reaktywacji, a teraz nie dość, że ucichło, to w sejmie leży projekt owej reaktywacji, która wprawdzie zmieni obecny system „państwa swojaków”, ale tylko papierowo. Prze całe lata ukazywane były poszczególne aspekty dziurawego systemu a efekt jest taki, że obecny rząd chce powrotu tej samej fikcji, jaka funkcjonowała sprzed jej likwidacji. Ten temat wart zresztą osobnego komentarza przy innej okazji. Abonament RTV – wedle obecnego rządu, w radosnym okresie opozycyjnym stwierdzał, iż jest to „skandaliczna danina”, którą należy zlikwidować jak najszybciej. Dziś już tylko wewnątrz koalicji trwają akademickie dyskusje, co z tym fantem zrobić. Nie ma się co łudzić, że odbiorca mediów zostanie uwolniony od owej daniny w najbliższym czasie. Z bardziej namacalnych osiągnięć rządu można wymienić zaplanowane pogrzeby kilkudziesięciu ludzi środowiska kultury. Nawet z podziałem na stopień zasługi i przypadającego z tego tytułu wieńca należnej okazałości. Z zainteresowanymi nie prowadzono żadnych uzgodnień, nie wiadomo więc, jak się zapatrują na uroczystości swojej ostatniej drogi. Co gorsza, nie wiadomo czy się dostosują do planów resortu kultury i zechcą w ustalonym przez urzędników czasie przenieść się do lepszego świata. Można się domyślać, iż te plany związane są, być może, z ogólnonarodową falą stawiania na młodych. Od połowy ubiegłego wieku wszyscy stawiają na młodych. Ale nawet przewodnia wówczas partia nie wpadła na pomysł, by w taki właśnie sposób owym młodym miejsca szykować. Innym osiągnięciem jest piąta już dymisja dopiero co powołanych wiceministrów. W niespełna trzy miesiące pięć odwołań, a społeczeństwo z mediów się jedynie dowiaduje, okruchami, że za tym wszystkim znów pojawiły się teczki tajnych współpracowników służb specjalnych. Jak na dwa lata krytycznej opozycji, gabinetu cieni i całych pakietów ustaw oraz jasnego programu – o czym wciąż było słychać – efekty startu raczej niespecjalne. Co gorsza, brak nadal jakiegoś spójnego i jasnego planu perspektywicznego. Bardziej działania rządu przypominają odbijanie się od ściany do ściany. Powstają też zapowiedziane komisje śledcze. W bólach i już na wstępie z groteskowymi zachowaniami posłów. Wykluczyć, nie wykluczyć, skierować tego czy innego, mają badać to czy znacznie szerzej, a może węziej, a może jeszcze co innego. Próbki działania już widać. Pierwsze posiedzenie ustanowionej właśnie komisji zdominowało stawianie wniosków przeróżnych i zwady wewnętrzne. Może za rok zacznie się coś dziać w temacie, dla którego komisja powstała. Chyba, że jej prace przerwą kolejne wybory. Obecna opozycja zapowiada też wnioski o następne komisje, w sprawie podejrzeń o korupcję posłów z obozu rządzącego. Mało prawdopodobne, by ten pomysł przeszedł, ale daje to obraz nastrojów i zapowiedź dalszego ciągu wyborczego festiwalu. Poparcie społeczne dla obecnej władzy nadal jest wysokie. Na jak długo, nie wiadomo, bo to dopiero początek drogi. Na razie wygląda na to, że jedynym, jak dotąd, osiągnięciem rządu było przepiłowanie na granicach paru szlabanów. Tyle, że i możliwość tego piłowania wypracował ktoś inny. Witold Filipowicz Warszawa, styczeń 2008 r. ----- Original Message ----- From: Witold Filipowicz To: kultur@gazeta.pl Sent: Wednesday, January 23, 2008 1:13 PM Subject: Re: sowa magazyn europejski 23. Januar, es wird ab 14.30 Uhr an der Frankfurter Hauptwache für den musikalischen Rahmen die Frankfurter Band "Kick La Luna" sorgen "(...)Społeczeństwo wiele potrafi wybaczyć, wiele zrozumieć, nawet piramidalną nieudolność czy skandal obyczajowy. Jednego nie wybacza – wyborczego show i pustych deklaracji, których nikt nie zamierza dotrzymywać.(...)" Pozdrawiam WF |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
EU-Fotos
FREUNDE - PRZYJACIELE
IN POLEN - W POLSCE
KOSIEWSKI
Księga - Gästebuch
KULTUR
LITERATUR
Narodowi socjaliści - komuniści - inne
NASZE - UNSERE
POLONIA i Polacy za granicami RP
SOWA
SOWA RADIO
SOWA VIDEO
UNIA & POLSKA
YES - POLAND
|