Bóg, Honor, Ojczyzna. Ojcowizna otwarta na świat - od 1999 jako biuletyn Konserwatysta Małopolski ISSN 1773-3946
czwartek, 05 lipca 2007
żyć, pracować, modlić się, czytać grube książki, wychowywać dzieci: uczyć je pacierza, historii, dobrych manier i języków

(...) w takiej sytuacji trzeba zejść z linii ognia i starać się „zachować substancję”. Ale żeby ją zachować, możliwie nie zdefektowaną – i to nie tylko na ciele, lecz i na duszy – nie można faktycznie pomagać wrogowi w ujarzmieniu narodu, w jego moralnym, psychicznym i ideowym rozbrajaniu poprzez próbę „oswojenia” go z narzuconą ideologią i systemem, w przekonywaniu, że zło nie jest złem, lecz posiada wręcz moralną wyższość nad światem, który to zło podbija, że po jego stronie jest „historyczna słuszność” i trzeba tylko lekko skorygować hegemona, przekonać go, by do swojego rydwanu zgodził się zaprząc drugiego, katolickiego, rumaka. Tym bardziej, jeśli się przewiduje, że ów rydwan ugrzęźnie za pół wieku, co w historii narodu nie jest jakąś niebotyczną perspektywą! Środki przetrwania trzeba oczywiście dostosowywać do zmieniających się wciąż okoliczności. Kiedy siła nacisku jest największa, „robienie polityki” w ogóle nie jest ani możliwe, ani usprawiedliwione, bo oznacza wspólnictwo w terrorze. Wtedy trzeba po prostu zasłaniać się, na ile to możliwe, przed ciosami i żyć, pracować, modlić się, czytać grube książki, wychowywać dzieci: uczyć je pacierza, historii, dobrych manier i języków. Kiedy nacisk słabnie, trzeba wykorzystywać sytuację, roztropnie przesuwać linie frontu, wywalczać i zagospodarowywać enklawy wolności. Kiedy są oznaki, że bestia jest śmiertelnie osłabiona, trzeba zadać jej powalający cios. Oto cały realizm(...).

 

Najazd czerwonych Hunów był przecież tym wszystkim naraz, co w epoce porozbiorowej było nie do pomyślenia. Jeżeli celem, którego nie ukrywali, było totalne zniszczenie religii, Kościoła, „burżuazyjnej” kultury, narodowej tradycji i obyczaju, autonomii elit, całych klas społecznych, własności prywatnej oraz zaprowadzenie utopii będącej dokładnym zaprzeczeniem wszystkich tych wartości i instytucji, to jakiż sens może mieć ugoda, której usprawiedliwieniem jest właśnie ich zachowanie? Mój adwersarz powie być może, że ów maksymalizm ideologiczny słabł stopniowo od 1956 roku, co otwierało pewną swobodę manewru do uprawiania tego typu polityki. Lecz przecież program politycznej i ideologicznej kolaboracji PAX-u sformułowany został – i był uprawiany – w najgorszą noc „stalinowską”, po zniszczeniu ostatnich sił oporu czynnego i ostatnich instytucji autonomicznych, po 1948 roku! Czym mogła być – i była faktycznie – podówczas ta kolaboracja, bez względu na intencje i zamiary? Tylko współuczestnictwem w zbrodni zniewalania, wspólnictwem ze śmiertelnym wrogiem. Podwykonawstwem brudnych zleceń Luny Brystygierowej i jej mocodawców w osaczaniu i niszczeniu hierarchów polskiego Kościoła – przy jednoczesnym samooszukiwaniu się, że jest się jakimś „mediatorem” i obrońcą zarazem, który ratuje, co się da. A ta „obrona” to, między innymi, podsunięcie biskupom do podpisu haniebnego dokumentu po aresztowaniu Prymasa Wyszyńskiego, który był de facto tchórzliwym odcięciem się od uwięzionego Arcypasterza. Dlatego szczególny niesmak budzi dziś próba „podpinania się” spadkobierców PAX-u (widać to było na przykład w czasie sprawy abp. Wielgusa) pod dziedzictwo Prymasa Tysiąclecia, jako rzekomych realizatorów jego linii przeciwko modernistom. „Mądrym dla memoriału, a idiotom dla nauki” przypomnijmy więc, co Prymas Wyszyński myślał o PAX-ie: „1. PAX nie jest organizacją o celach kulturalnych, lecz jedynie narzędziem ukrytej propagandy, mającej na celu oczernianie działalności Kościoła w Polsce przez rozpowszechnianie fałszywej propagandy; 2. Ruch ten otrzymuje rozkazy i dyrektywy od partii komunistycznej, od tajnej policji i od Urzędu do Spraw Wyznań; 3. W nagrodę za swoją działalność PAX korzysta z pewnych ułatwień i poparcia, jak na przykład dla swoich publikacji i działalności gospodarczej” (poufny memoriał dla biskupów francuskich z 1964 roku).

Nie była to ocena przesadnie surowa. Jeszcze w 1973 roku – czyli w okresie drugiej (gierkowskiej) „odwilży”! – PAX bezwstydnie oferował kierownictwu PZPR swoje usługi w rozbijaniu Kościoła, w zamian za co chciał koncesji na wyłączność polemik z Episkopatem. W memoriale zatytułowanym: Problem Kościoła i katolicyzmu w Polsce Ludowej PAX-owcy wyjaśniali, że „istnieje logiczna zależność między osłabieniem politycznej pozycji Episkopatu a zabezpieczeniem rzeczywistych interesów Kościoła przez wpływ katolików postępowych na politykę państwa”. Jak widać, „katolicy postępowi” przyznawali sobie także lepszą od hierarchów znajomość „rzeczywistych interesów Kościoła”(...).

I jeszcze jedno: trzeba pamiętać, że na początku linie podziału pomiędzy koncesjonowanymi grupami katolickimi nie były tak ostre i wyraźne jak później. Do ich pogłębienia przyczynili się jednak bardziej PAX-owcy, szczególnie „wrogim przejęciem” „Tygodnika Powszechnego”. Po 1958 roku ważnym – i właśnie najbardziej lewicowym – segmentem grupy Znaku stała się przecież „Więź”, wychowu bądź co bądź PAX-owskiego. Dlatego jeśli wypomina się – i słusznie – Tadeuszowi Mazowieckiemu jego haniebny artykuł o uwięzionym biskupie Kaczmarku, to nieuczciwe jest nie przypominać zarazem, gdzie ów artykuł się ukazał, czyli w PAX-owskim „Wrocławskim Tygodniku Katolików”. Moralna odpowiedzialność jest tu zatem podwójna: indywidualna Mazowieckiego i grupowa PAX-u(...).

Szantażując intelektualnie czytelników fałszywą alternatywą: „realistyczna” kolaboracja albo „szaleńczy” insurekcjonizm, p. Engelgard pomija wymownym milczeniem istnienie trzeciej, pośredniej, drogi, tej, która zresztą okazała się naprawdę skuteczna. To pominięcie jest tym bardziej rażące, że wzorcowy model tej drogi wypracował nie kto inny, jak właśnie ruch narodowy w początkach swojej działalności, w jednoczesnej polemice z polityką ugodową i insurekcyjno-rewolucyjną. Chodzi tu oczywiście o to, co Zygmunt Miłkowski i J.L. Popławski nazywali „obroną czynną” poprzez samoorganizację narodu, wykorzystującą wszystkie istniejące oraz cierpliwie wywalczającą nowe środki obrony i wzmacniania narodu, służące jego przyszłej samoistności państwowej; o to, co współcześnie już prof. Wiesław Chrzanowski nazwał modelem politycznego oddziaływania poprzez upodmiotowienie społeczeństwa, rozbudowę infrastruktury organizacyjnej – przeciwstawnym, z jednej strony, modelowi falowania rewolucyjnego, opartemu o socjotechnikę pobudzania napięć emocjonalnych (uprawianej, od czasu pojawienia się jawnej opozycji, zarówno przez „lewicę laicką”, jak nurt neopiłsudczykowski), z drugiej zaś strony, modelowi oddziaływania odgórnego, realizowanemu wyłącznie przez bezpośrednie kontakty z władzą (uprawianemu zatem zarówno przez PAX, jak i Znak, tyle że w różnych wariantach). Przez większą część historii PRL ów trzeci model był wytrwale realizowany przez Prymasa Tysiąclecia, którego program duszpasterski – zarazem religijny i narodowy – skutecznie podtrzymywał, a nawet rozwijał, i więź narodu z religią rzymsko-katolicką, i więź członków samego narodu, chronił przed dezintegracją i atomizacją, przed ateizacją i demoralizacją. Kiedy społeczeństwo było zbyt ospałe i pogodzone z rzeczywistością, a nacisk reżimu się wzmagał, Prymas nie wahał się ostro konfrontować z władzą; kiedy przychodziły momenty kryzysowe, a sytuacja geopolityczna wciąż nie była dojrzała do otwartej kontrrewolucji – wpływał moderująco na wzburzone nastroje społeczne. To był prawdziwy i skuteczny realizm, któremu piasek w szprychy wsypywali zarówno fałszywi „mediatorzy” z PAX-u, jak wybrzydzający na katolicyzm ludowy moderniści ze Znaku i „Więzi”. Można tylko żałować, że ów trzeci model w tak wątły sposób zaznaczył się już w świeckiej polityce opozycji lat 1976-89, w tym Solidarności, w której do głosu dochodzili na ogół albo promotorzy falowania rewolucyjnego, albo oddziaływania odgórnego; ich pogodzenie się i sojusz od czasu pierestrojki ściągnął na nas zresztą „okrągły stół” i wszystkie wynikające stąd po dziś dzień problemy(...).

Red. Engelgard uskarża się na tych działaczy PAX-u, i przez niego wychowanych, którzy poszli później do Solidarności i ugrupowań opozycyjnych, że „wielu z nich pluło na PAX, a bez niego byliby niczym”. Nie zauważa jednak, że postępowali w takim razie w zgodzie z naukami realistycznej szkoły, którą w PAX-ie otrzymali. Po śmierci Piaseckiego (1979 r.) i w zmienionych realiach, kiedy pojawili się nowi aktorzy sceny politycznej, PAX był już polityczną kostnicą, anachronizmem bezpożytecznym także dla reżimu, bo zużytym do cna. Pozostał tylko suchy szkielet struktury organizacyjno – terytorialnej (w sam raz do wyłuskania co zdolniejszych jednostek przez innych) oraz holding wydawniczo – gospodarczy, nawiasem mówiąc zupełnie niezdolny, jak każde przedsiębiorstwo socjalistyczne, do funkcjonowania w warunkach rynkowych, co wyszło na jaw po 1989 roku. Co się zaś tyczy „plucia”, to przecież owi dezerterzy ze spróchniałej łajby PAX-u nie czynili niczego innego, jak powtarzali kajanie się swych ojców po 1945 roku za faszyzm, antysemityzm i zabijanie partyzantów radzieckich.

Jacek Bartyzel: Na manowcach iluzji „przezwyciężania zwycięzcy” Redaktorowi Engelgardowi odpowiedź w sporze o PAX. Mysl!, nr 37, lipiec 2007

 

ATT00617.doc
651K
Pobierz

http://groups.google.com/group/sowa-frankfurt/browse_thread/thread/d4d61f099369fce4?hl=pl

poniedziałek, 21 maja 2007
Władza jest i musi być jednością, tak samo jak jednością jest osoba ludzka

Magnificencjo,

 W dniu wczorajszym doręczono mi Pismo Okólne nr 3 Waszej Magnificencji z dnia 17 maja 2007 r., w sprawie określenia trybu zwrotu oświadczeń lustracyjnych oraz informacji o uprzednim złożeniu oświadczenia. W powołaniu się na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z dnia 11 maja 2007 r., zawiera ono wezwanie, którego z racji zajmowania stanowiska profesora nadzwyczajnego również jestem adresatem, do osobistego odebrania, za pokwitowaniem w rejestrze, wcześniej złożonego oświadczenia lustracyjnego lub informacji o złożeniu oświadczenia. Używam określenia „wezwanie”, pomimo iż, literalnie rzecz biorąc, Wasza Magnificencja jedynie „informuje”; jednakowoż w dalszej części Pisma Okólnego uwyraźniona już została „powinność”, co więcej, wzmocniona zobowiązaniem do odebrania wspomnianego oświadczenia „w nieprzekraczalnym terminie” do dnia 15 czerwca 2007 r.

W związku z powyższym czuję się zobowiązany powiadomić Waszą Magnificencję, że w dniu 17 kwietnia 2007 r. złożyłem w Kancelarii Tajnej UMK wymagane ówcześnie obowiązującym prawem oświadczenie lustracyjne. Zawierało ono – zgodne z prawdą – oświadczenie, że nie byłem ani funkcjonariuszem, ani świadomym i tajnym współpracownikiem organów bezpieczeństwa PRL. Składając to oświadczenie kierowałem się obywatelską cnotą dumnego posłuszeństwa wobec legalnego prawa uchwalonego przez legalną władzę mojego państwa – Rzeczypospolitej Polskiej. Okoliczność, iż Trybunał Konstytucyjny zechciał uznać w swojej mądrości niektóre przepisy tzw. potocznie ustawy lustracyjnej, w tym formułę oświadczenia lustracyjnego, za niezgodne z Konstytucją, niczego w zaistniałym fakcie mojego oświadczenia i jego treści nie zmienia i zmienić nie może.

W uzasadnieniu swojego orzeczenia Prześwietny Trybunał powoływał się wielokrotnie na konstatowaną przez niego sprzeczność ustawy „lustracyjnej” z zasadami demokracji i praw człowieka, pełniącymi – czego dowodem jest m.in. to właśnie uzasadnienie – w dzisiejszych czasach faktycznie rolę świeckiej theologia civilis państwa socjal-demoliberalnego (resp. „demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej”, jak stwierdza aktualnie obowiązująca Konstytucja RP). Nie mam zamiaru roztrząsać kwestii owej domniemanej sprzeczności, przede wszystkim z tego powodu, że – muszę wyznać otwarcie – w stosunku do owej „świeckiej religii” demokratycznej i „prawo-człowieczej”, tego dwugłowego idola (Lelum-Polelum), jestem konsekwentnym  „bezwyznaniowcem”.

Z mojego punktu widzenia o wiele istotniejsze od powyższej kwestii jest równie mocne odniesienie się sędziów Trybunału Konstytucyjnego – zwłaszcza jego Prezesa, Jerzego Stępnia – do godności osób lustrowanych, w tym nauczycieli akademickich, która to godność doznała, jakoby, uszczerbku z powodu nałożenia na te osoby obowiązku złożenia oświadczenia lustracyjnego. Nie potrafię znaleźć słusznego powodu, dla którego Prześwietny Trybunał uznał za stosowne usprawiedliwić, a nawet wynagrodzić, swoim orzeczeniem ducha rebelii artykułującego się w błazenadzie „obywatelskiego nieposłuszeństwa”. Z całą jasnością natomiast dostrzegam wysoce ułomną selektywność wrażliwości Czcigodnych Strażników Konstytucji na ludzką godność, która teraz właśnie skutkuje konsekwencjami w postaci wzywania osób, które w antylustracyjnej rebelii udziału nie wzięły i swoich powinności wobec prawa dopełniły, aby złożone oświadczenia odebrały i to w „nieprzekraczalnym terminie”.

 Raz jeszcze chcę podkreślić, że nie odczuwałem żadnego uszczerbku na mojej godności z tej racji, iż zaciążył na mnie obowiązek złożenia oświadczenia lustracyjnego. Nie zmienia tego fakt, iż należałem do tego grona osób, które mogły mieć poczucie, iż osobiście ich ten wymóg nie powinien dotyczyć, ponieważ w przeszłości czynnie zaświadczyły swój opór wobec komunistycznego zniewolenia. Kwestia czyichkolwiek zasług to bowiem zupełnie inny porządek rzeczy niż normy prawa, z natury rzeczy bezosobowe, i w innym porządku jest, ewentualnie, wynagradzana. Od siebie mogę dodać, że Najjaśniejsza Rzeczpospolita – w osobie Pana Prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego – nadzwyczaj hojnie wynagrodziła mój skromny wkład w walkę o niepodległość, wynosząc mnie, maluczkiego, do godności kawalera Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski. To, że jednocześnie znalazłem się w kategorii osób, które z racji piastowanej funkcji podlegały obowiązkowi lustracyjnemu, w niczym mi nie uwłaczało. Jeżeli jednak jeden organ państwa nakazuje mi to uczynić, a drugi jego organ nakazuje coś przeciwnego i, na domiar, stwarza sytuację, w której mam osobiście dokonać tego aktu zaprzeczenia, to muszę powiedzieć otwarcie: tak pomiatać godnością ludzką nie godzi się! W ten sposób tresuje się psa, mówiąc mu wpierw: „przynieś panu zabawkę”, a następnie: „odnieś ją grzecznie z powrotem”. Takie postępowanie potwierdza też słuszność spostrzeżenia jednego z najgłębszych myślicieli naszej epoki, iż „demokracje tyranizują zazwyczaj przez władzę sądowniczą”.

Władzy należy się posłuszeństwo, ale arbitralnym kaprysom i zmiennej woli despotów – nie. Organy władzy są wprawdzie różne, ale nawet w systemie jej formalnego „podziału”, realnie, metafizycznie, Władza jest i musi być jednością, tak samo jak jednością jest osoba ludzka, mimo iż organizm człowieka składa się z różnych członków o różnych funkcjach. Odrzucam arbitralność, którą próbuje mi się narzucić, nie tylko z powodów moralnych; także dlatego, że stanowi ona jaskrawy przykład próby unieważnienia tego, co już realnie zaistniało, co ma skutek w bycie, jako akt, którego dokonałem składając oświadczenie.

 Mając powyższe na uwadze, muszę z całym należnym szacunkiem powiadomić Waszą Magnificencję, że złożonego w Kancelarii Tajnej UMK oświadczenia lustracyjnego odebrać nie zamierzam i nie odbiorę – bez względu na możliwe konsekwencje.

Pismo powyższe kieruję drogą służbową, poprzez Sekretariat jednostki organizacyjnej UMK, w której jestem zatrudniony. Zarazem powiadamiam, że ze względu na społeczną ważność przedmiotowej kwestii traktuję niniejszy list jako otwarty i zamierzam udostępnić go szeroko opinii publicznej.

Z wyrazami szacunku

http://groups.google.de/group/sowa-frankfurt/browse_thread/thread/35368c5dc7c980

w   m i e j s c u

JM Rektor
Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu
Prof. dr hab. Andrzej Jamiołkowski

 Prof. UMK, dr hab. Jacek Bartyzel                       Toruń, 18 maja 2007 r.
Instytut Politologii UMK
ul. Stefana Batorego 39 L
87-100 Toruń

niedziela, 04 marca 2007
Jacek Bartyzel: Na gruzach „rewolucji moralnej”

 Dziewiętnastowieczny filozof Hans Vaihinger wypracował kierunek, który przyjęto nazywać „fikcjonalizmem”. Kluczową kategorią jego systemu było bowiem pojęcie „jak gdyby” (Als Ob), wyrażające status fikcji, istniejących tylko w umyśle, lecz do rzeczywistości nieadekwatnych, mimo to jednak w świecie rozpowszechnionych i życiowo użytecznych.

Wspomniana kategoria niemieckiego kantysty może być zastosowana do opisu sposobu realizacji projektu zwanego IV Rzeczpospolitą. Dla uzasadnienia tej przydatności przyjmijmy na początek, że prawdziwy jest obraz Polski pod rządami PiS, odmalowywany w jadowicie „pisożerczych”, czyli nieomal wszystkich, mediach krajowych i zagranicznych. Zakładając przy tym, że nie mamy żadnych innych narzędzi weryfikacji trafności wypowiadanych tam orzeczeń, musielibyśmy nabrać przekonania, że w Polsce odbywa się autentyczna Kontrrewolucja polityczna i moralna, energicznie prowadzona przez integralnie prawicowy, tradycjonalistyczny i katolicki rząd. Każdy konserwatysta musiałby być tym faktem szczerze zbudowany, gdyby… No właśnie: gdyby nie to, że obraz ten jest nieprawdziwy; stanowi on właśnie jaskrawy przykład Vaihingerowskiej fikcji „jak gdyby”. Partia stworzona przez braci Kaczyńskich jest „jak gdyby” konserwatywna i prawicowa, a jej „rewolucja moralna” jest „jak gdyby” kontrrewolucją.

W rzeczywistości formacja ta w swoim głównym – postsolidarnościowym, a bezpośrednio wywodzącym się z Porozumienia Centrum – trzonie wpisuje się w ultrademokratyczną „metanarrację” ideologiczną, której ojcem-założycielem był Rousseau, a pierwszymi praktykami – francuscy jakobini. Jądrem tej ideologii jest wczesno nacjonalistyczna (w literaturze naukowej nazywana „nacjonalitaryzmem”) koncepcja suwerennego i „uzbrojonego” („do broni, obywatele!”) ludu – narodu, którego rewolucyjna awangarda, patriotyczna i nieprzekupna, heroicznymi aktami woli poskramia wrogów Republiki, zdrajców i złodziei. Oprócz rewolucyjnego patosu znamiennym rysem tej formacji jest permanentne utrzymywanie narodu w stanie egzaltowanej ekscytacji w oczekiwaniu na „wielki przełom” („obywatele, jeszcze jeden wysiłek”), i to tym bardziej podgrzewanej, im mizerniejsze są rezultaty w wykrywaniu agentury czy korupcji.

Dobrym przykładem ideowej konfuzji z prawicą jest wyznawana przez liderów PiS idea „silnego państwa”. Wbrew pozorom nie jest ona wcale konserwatywna. Ideałem tradycjonalistycznym jest „silne społeczeństwo” – złączona jednością wiary, moralności i reguł cywilizacji wspólnota rozmaitych ciał społecznych: rodzin, gmin, prowincji, ciał zawodowych i stowarzyszeń, w stosunku do których publiczna „władza najwyższa” (suprema auctoritas) pełni rolę rozważnego protektora ich „wolności konkretnych”, gwaranta jedności i strażnika dobra wspólnego. „Silne państwo” natomiast to idea na wskroś nowoczesna, etatystyczna i centralistyczna; to wszędobylscy „komisarze Republiki”, nie ufający nikomu i kontrolujący wszystko.

Przynajmniej do czasów pojawienia się socjalizmu takie poglądy jak Jarosława Kaczyńskiego były normą dla całej europejskiej lewicy, i to skrajnej lewicy. Wyznawali je nie tylko Robespierre czy w XIX wieku Gambetta, ale jeszcze na początku XX wieku neojakobiński „Tygrys” Clemenceau – patriota żarliwy i niewątpliwie „mocny człowiek” Republiki. Dlaczego zatem PiS budzi dzisiaj taką odrazę w „postępowej” Europie i jest desygnowany jako „skrajna prawica”? Ten pozorny paradoks jest łatwy do wytłumaczenia: wyjaśnia go ewolucja współczesnej lewicy, która porzuciła jakobiński „nacjonalitaryzm” i przeszła na pozycje kosmopolitycznego socdemoliberalizmu.

Czy konserwatyści mogą mieć słuszne powody – poza najbardziej doraźnym pragnieniem zerwania z „układem” okrągłostołowym – współpracowania z formacją tak odległą ich zasadom? Dyskusje, nawet gorące spory na ten temat toczyły się od dawna. Zawieszając na razie sąd ogólny, stwierdzić należy, że warunkiem odpowiedzi pozytywnej jest istnienie wspólnoty celów przynajmniej w wybranych kwestiach fundamentalnych. Na przykład, francuscy monarchiści narodowi mogą współpracować z Klubem Jakobinów we froncie „suwerenistycznym”, ponieważ ci jakobini są naprawdę obrońcami suwerenności Francji. Polscy konserwatyści oprócz tego samego postulatu formułowali jeszcze jeden warunek obligatoryjny: poświadczoną czynami wolę bezwzględnego stania na gruncie prawa naturalnego w ustawodawstwie.

W obu tych, zresztą wiążących się ze sobą, dziedzinach bilans rządów PiS jest przygnębiający. Mija już rok, jak odtrąbiono – ze zbędną  tromtadracją – „odzyskanie” MSZ. Czy Polska polityka zagraniczna stała się przez to rzeczywiście bardziej suwerenna? Przeczą temu takie fakty, jak opublikowanie przez MSZ broszurki na temat stosunków polsko – żydowskich, powielającej tezy makabrycznego baśniopisarstwa J.T. Grossa, czy wstydliwie ciche, lecz wyraźne, wycofywanie się ze sprzeciwu wobec wznowienia prób przepchnięcia tego konstruktywistycznego potworka, któremu na imię „konstytucja europejska”. Najnowsze dni przyniosły zaś dowody całkowitej kapitulacji wobec perwersyjnych „standardów” aktualnie obowiązującej ideologii europejskiej. Sam Pan Prezydent RP uznał za stosowne odcięcie się od, przypomnianych w książeczce prof. Macieja Giertycha, rzekomo rasistowskich tez jednego z niewielu polskich uczonych (Feliksa Konecznego), który wniósł nieprzemijający wkład do nauki powszechnej. Następnie rzecznik polskiego rządu zdezawuował propozycję ministra Romana Giertycha wpisania do Karty Praw Narodów Europy zakazu aborcji i propagandy homoseksualnej. Jeżeli nawet minister rzeczywiście nie uzgodnił swojego wystąpienia z premierem i Radą Ministrów (co byłoby naganne), to publiczne odcięcie się od jego stanowiska jest wyraźnym przyzwoleniem dla piętnowania wierności normom prawa naturalnego jako „skandalu” i nawet przestępstwa. To już nie milcząca, lecz czynna aprobata dla takiej „konstytucji dla Europy”, która korzenie swoich „wartości” odnajduje w biblijnej Sodomie i na zboczu spartańskiego Tajgetu, skąd zrzucano ciała kalekich noworodków, zaś klasyczno-chrześcijańskie dziedzictwo cnoty odsyła do… hitlerowskiej III Rzeszy.

Przysłowiową kroplą rozlewającą czarę goryczy jest jawne złamanie i przez szefa rządu, i większość parlamentarzystów PiS, moralnego konsensu w kwestii najbardziej elementarnej, czyli ochrony życia poczętego. Zarówno podany do wiadomości publicznej warunek, jaki premier postawił Marszałkowi Sejmu – samodzielne zebranie większości potrzebnej do zmiany konstytucji, wraz z ostrzeżeniem, że bierze na siebie odpowiedzialność za ewentualną porażkę – jak wypowiedzi niektórych posłów (myślę tu zwłaszcza o Jacku Kurskim), życzących marszałkowi powodzenia, lecz wyrażających troskę czy mu się uda, trudno nazwać inaczej, jak hipokryzją. Jest przecież oczywiste, że tylko wystąpienie klubu parlamentarnego PiS, i z pełnym poparciem lidera tego obozu, jako zwartego monolitu w obronie życia, mogłoby wpłynąć zachęcająco na tych posłów z klubów opozycyjnych, którzy jeszcze się wahają, lecz idei konstytucyjnego umocowania prawa do życia nie są obcy. Jeżeli natomiast słyszą oni, że premier uchyla się od wzięcia za to odpowiedzialności, a posłowie PiS nagle odkrywają, jeden po drugim, zalety „mądrego kompromisu”, to ich zdolność do przeciwstawienia się oficjalnemu stanowisku gremiów kierowniczych swoich partii drastycznie musi zmaleć.

Marszałek Marek Jurek, z elegancką powściągliwością, opisał powstałą w PiS sytuację jako „impas moralny” i wyznał, że stanowi ona powód do głębokiego przemyślenia. Trudno się z tym nie zgodzić. Konserwatyści w PiS mają dziś bardzo dużo do myślenia.

 

Jacek Bartyzel

http://de.groups.yahoo.com/group/kulturzentrum1/message/835

http://groups.google.com/group/sowa-frankfurt/browse_thread/thread/80d93cab221909af?hl=pl

Zakładki:
EU-Fotos
FREUNDE - PRZYJACIELE
IN POLEN - W POLSCE
KOSIEWSKI
Księga - Gästebuch
KULTUR
LITERATUR
Narodowi socjaliści - komuniści - inne
NASZE - UNSERE
POLONIA i Polacy za granicami RP
SOWA
SOWA RADIO
SOWA VIDEO
UNIA & POLSKA
YES - POLAND
www.flickr.com
stefan_kosiewski pod ochroną prawa - unter dem Denkmalschutz * 41- 250 Czeladź, Polen photoset stefan_kosiewski pod ochroną prawa - unter dem Denkmalschutz * 41- 250 Czeladź, Polen photoset
statystyka

Grab this swicki from eurekster.com